Rodzinna podróż samochodem

Zapraszam w podróż do męskiego świata. Świata, w którym auto to świętość, a wszyscy podróżujący nim muszą dostosować się do jego wyjątkowo rygorystycznego regulaminu. Proszę zapiąć pasy i jazda!

Ja za kierownicą, żona na fotelu pasażera, tylna kanapa pusta. Tak było przez wiele lat i wiele tysięcy kilometrów. Wtedy reguły były bardzo proste i jasne – samochód do sanktuarium, w którym nie je się i nie pije. W razie głodu lub pragnienia, robi się postój w cywilizowanym miejscu, gdzie możemy uzupełnić braki. W deszczowy lub śnieżny dzień przed wejściem do auta otrzepuje się buty. Bagaże nie jeżdżą w aucie, a w dedykowanym schronie atomowym – czyli bagażniku. W trakcie podróży śmietki pakuje się do swojej kieszeni lub popielniczki, którą opróżnia się wraz zakończeniem podróży. Mimo że w aucie jest popielniczka, obowiązuje bezwzględny zakaz palenia. Za to można wypaść z auta przez otwarte drzwi przy dużej prędkości. Jeżeli regulamin był przestrzegany, podróż stawała się czystą przyjemnością.

Związek frazeologiczny „czysta przyjemność” jest nieprzypadkowy. Dbanie o olśniewający wygląd wszystkich posiadanych aut było moim konikiem. Regularnie co dwa tygodnie jeździłem w południe na myjnię, wracałem późnym wieczorem. Godzinami myłem, szorowałem, polerowałem, nabłyszczałem. Niejedna żona mogłaby podejrzewać faceta o zdradę, tymczasem moją bardzo to bawiło: szczególnie, gdy pewnego razu wróciłem półnagi. Akurat nie miałem czystej, miękkiej szmatki do wypolerowania maski, więc zdjąłem koszulkę i dokończyłem pracę. Samochód błyszczał od wosku, moja klata od potu:). Sprzątanie i mycie naprawdę działało terapeutycznie. Taka pasja, cóż poradzić.

Ja za kierownicą, żona na fotelu pasażera, pies i dziecko na tylnej kanapie. W trakcie długiej podróży żona wystawia mnie na próbę – niepostrzeżenie wyciąga opakowanie marchewek i zerka ukradkiem w moją stronę. Jak zareaguję na szelest torebki? Bez emocji. Jako tatuś wyjątkowo aktywnej dwójki musiałem zmierzyć się z nowym wyzwaniem – totalną demolką auta. Choć pies ma swoje miejsce, specjalna matę i pasy bezpieczeństwa, to w zimowe lub deszczowe dni znaczy wszystkie element wnętrza. Mokrym nosem tworzy sztukę na bocznej szybie. Łapami ćwiczy stepowanie na fotelach, oparciach, drzwiach. I jestem pewien, że robi to celowo. Córa, która niby grzecznie w foteliku siedzi też ma swoje za uszkami. Bo skąd w bagażniku znalazła się wywrotka piasku lub śniegu? Ano z wózka, który trzeba za każdym razem składać i upychać. Nic nie wygląda tak, jak kiedyś. Czarna skórzana tapicerka pokryta jest grubą warstwą brudu, ze wszystkich schowków wystają papiery, kubki, puste opakowania. A z sufitu niemalże zwisają sople soli, którą posypywane są chodniki. Nie ma reguł, nie ma zasad, nie ma choćby centymetra niezagospodarowanej śmieciami powierzchni. Na szczęście pozostaje myśl, że kiedyś moje auto znów odzyska status sanktuarium. Za jedyne 17.5 roku…20180207_082038-01

Sztuka pierwszego kontaktu

Na renomę hotelu przyjaznego rodzinie wpływa nie tylko ilość metrów kwadratowych przestrzeni do zabaw, ale przede wszystkim obsługa. A ta zaczyna się już na poziomie kontaktu mailowego. Dwa 4* obiekty i dwa różne sposoby zachęcania do odwiedzin.

Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie pomysł na rodzinny wypad na weekend do miłego hoteliku z basenem i SPA. Gdy na blogu Podziaranego Taty pojawił się wpis o zabawie noworodka w basenie, myśl zaczęła wiercić się jeszcze szybciej. Postanowiłem napisać do kilku dobrych hoteli przyjaznych rodzinom z pytaniem o dziecko oraz psa:

Zrzut ekranu 2018-03-02 o 09.40.45
Wśród odpowiedzi wielogwiazdkowych hoteli, uwagę zwróciły dwie wiadomości. Obie wyróżniały się podejściem do Klienta, obie w różny sposób.

Hotel na Mazurach

Zrzut ekranu 2018-03-02 o 09.40.54

Hotel w Beskidzie Sądeckim

Zrzut ekranu 2018-03-02 o 09.41.06

Góry czy jeziora?

Hotel na Mazurach zrozumiał, że chcę spędzić rodzinny pobyt z dzieckiem. I z własnej nieprzymuszonej woli dorzucił garść detali, które dla każdego rodzica są piekielnie istotne [łóżeczko, wanienka, itd.]. Hotel w Beskidzie szybko rozprawił się z moją córką.

Dla beskidzkiego obiektu znacznie ważniejsze są zwierzęta. I ich posłuszni właściciele. Poczułem się nieco postraszony wymogami oraz konsekwencjami, które mnie czekają. Bo przecież jeszcze nie wybrałem terminu pobytu, a już wiem, że nielegalnie przemycę psa do pokoju i będę próbował usadzić go przy stole w hotelowej restauracji.

Różnice w podejściu do gości czuć już na poziomie języka: ciepłego i serdecznego tonu na Mazurach oraz nieco urzędowego i zimnego w Beskidzie. Nad jeziorami są „zwierzaki”, w górach „zwierzęta”. O cenniku 50 zł vs 109 zł nawet nie wspomnę.

Wybierając dla swojej rodziny miejsce z klasą i za kasę [niemałą], człowiek oczekuje przede wszystkim poczucia zaopiekowania. Chciałbym, aby moja rodzina była Gościem, nie Klientem. Chcę pojechać tam, gdzie będę naprawdę szczęśliwy. A moje szczęście to roześmiane dziecko, wybiegany pies i ciepły uśmiech osób, które spotkam w hotelowych korytarzach. Już na poziomie korespondencji mailowej można wyczuć, gdzie będzie nam lepiej.

Nazw hoteli nie podaję. Bo i po co.