Najważniejsze słowo dziecka?

Gdy już nasza Hanula opanuje monosylabowe „ma-ma” i „ta-ta”, nauczymy ją trzeciego najważniejszego słowa (zwrotu) w życiu. Dzień dobry.

Mieszkam w bloku, w którym ludzie nie kłaniają się sobie. Sędziwi sąsiedzi mijani od lat, jak i młodzi trzydziestoletni, którzy wynajmują krótkoterminowo. Emerytowani profesorowie i wszelakiej maści doktorstwo, pracownicy mediów, przedsiębiorcy i studenci, solo lub z rodzinami – tak różni, a jednocześnie podobni sobie – małomówni. Gdy zostawię uchylone drzwi, z przyjemnością zapuszczą żurawia, żeby zobaczyć jak żyją inni. Ale nigdy, przenigdy, nie zaintonują „dzień dobry, sąsiedzie”. Z odpowiadaniem na tę słowną zaczepkę wcale nie jest lepiej.

Dzień dobry” jest niepozorne, ale ma wielką moc.

Dzień dobry” jest krótkie i przyjemne w brzmieniu.

Dzień dobry” jest pozytywne.

Dzień dobry” to zauważenie, zwrócenie na kogoś uwagi.

Dzień dobry” to okazanie szacunku.

Dzień dobry” to najlepsze życzenia.

Dzień dobry” to słońce, uśmiech, radość, szczęście.

Dzień dobry” to serdeczność, miłość i pokój.

Dzień dobry” to bliskość z bliskimi.

Dzień dobry” to sympatia wobec nieznajomych.

Dzień dobry” to dowód kultury osobistej.

Dzień dobry” to wybuch radości.

Dzień dobry” to poważna deklaracja.

Dzień dobry” to oświadczenie jak najlepszej woli.

Dzień dobry” to pierwszy krok do miłości.

Dzień dobry” to sposób na poznanie nastroju szefa.

Dzień dobry” to hasło otwierające drzwi.

Dzień dobry” to przekazywanie energii.

Dzień dobry” to coś, co nie boli.

Chciałbym, aby „dzień dobry” było elementem każdego dnia mojej córy. By znała jego wartość i dzieliła się nim z innymi. By bez ograniczeń szastała „dzień dobry” na prawo i lewo. By była w tym rozrzutna, jak Mamusia w Zarze po pensji ;). Dzień dobry.

Bajka o szczęśliwym dzieciństwie

– Tato, a bajka na dobranoc?
– A mama nie włączyła ci nic z YouTube’a?
– Tato, wymyśl coś, wymyśl…

– Niedawno, niedawno temu, w pewnym powiatowym mieście żył sobie mały chłopiec. Razem ze swoją podwórkową bandą całymi dniami bawił się w „szczęśliwe dzieciństwo”: wdrapywał na najwyższe drzewa w okolicy, kradł marchewki z ogródka sąsiadki, ganiał wokół śmietnika próbując załapać najlepszego w berka. Nie straszne mu był ani brak internetu, ani zła pogoda. Uwielbiał kopać piłę na podwórku całymi dniami, skakać po kałużach, zrywać jabłka z pobliskiego sadu, które przecierał brudną bluzką i zjadał ze smakiem. A musisz wiedzieć, córciu, że już wtedy pestycydy były w użyciu…
– I co się stało? Co?
– I przeżył!
– Łooo, fajnie. Ja też tak mogę?- Ty nie. Bo to niezdrowe. A teraz weź leki na alergię, odłóż okularki do futerału i wyśpij się. Jutro rano mamusia przygotuje nam pyszne  śniadanko bez laktozy i pojedziemy do twojego ulubionego pana doktora od kręgosłupa.

Ta historia jest moim wymysłem, nigdy się nie wydarzyła. Choć mam wrażenie, że jest bardzo bliska wielu rodzicom. Czym prędzej opowiedz maluchowi o swoim dzieciństwie. Karm go ciekawością świata, a nie lekami.