Ojcowskie wyzwania

Zmiana pieluchy, pielęgnacja, masaż, kąpiel czy śpiewanie kołysanek to mały pikuś. Prawdziwa lekcja ojcowskiego życia dopiero przede mną.

Wiem, że będę mistrzem warkocza dobieranego.

Dziś mam problem, żeby na prośbę żony paluchem przydusić na pilocie właściwy przycisk, ten z ulubionym serialem. Już niebawem będę musiał wykazać się zdolnościami manualnymi na poziomie koronczarek z Koniakowa. Będę doktorem Lubiczem z Klanu, który z chirurgiczną precyzją zaplata warkocze dobierane, wianki z polnych kwiatów i doskonale się przy tym bawi.

Wiem, że wymyślę serial o Kopciuszku.

Jeżeli moja córa będzie choć odrobinę podobna do mnie, usypianie kilkulatki będzie prawdziwym wyzwaniem. Nie zadowoli jej ciągłe opowiadanie dobrze znanej bajki. W ramach struktury Kopciuszka będę musiał wprowadzać nowych bohaterów, rozwijać wątki poboczne, żonglować dramaturgią i kreować coraz to nowe zakończenia. „A gdy wybiła północ, Kopciuszek wybiegł z sali balowej, gubiąc na schodach szklane oko„.

Wiem, że będę chłostał.

Siebie i tylko siebie. Za wszystkie niecenzuralne słowa wypowiedziane podczas prowadzenia auta. Małe uszko z pewnością wychwyci radosną ekspresję tatusia. Za każdą „tępą dzidę” [i mocniejsze określenia] będę klęczał na grochu i chłostał się witkami wierzbowymi po pośladkach. I to do czasu aż moja polszczyzna osiągnie odpowiedni poziom.

Wiem, że będę radośnie popiskiwał.

Nawijał falsetem, niczym małoletni ministrant podczas niedzielnego czytania listu do Koryntian. Najpierw w moje ręce trafi plastikowa lala, a potem komenda: „Bawmy się, tato”. Mała poinstruuje mnie, kim jestem, co robię i jak mam mówić, a potem – zgodnie z założonym przez córkę scenariuszem – będę piszczał wymachując plastikowym Kenem całymi miesiącami.

W nieskończoność mogę mnożyć nowe umiejętności, zawstydzające sytuacje i obowiązki względem dorastającej córy. Cokolwiek się wydarzy, wiem, że będzie wesoło, dziwnie, czasem krępująco. I mogę się tego doczekać!

Tata wraca na siłownię

Dzieciaci blogerzy i instagramerzy przekonują, że można być modnym, zadbanym i wysportowanym tatą. Ja swoją torbę na siłownię spakowałem 9 miesięcy temu. 

Przez wiele lat siłownia była moim drugim domem. Codziennie wstawałem z kurami, odwoziłem żonę do pracy, potem robiłem solidny trening na siłowni uwieńczony sauną i prysznicem, by o godzinie 10.00 niczym młody bóg wkroczyć dumnie do firmy. I tak 5 dni w tygodniu, aż do momentu, gdy dowiedziałem się, że będę tatą.

Rutynowe działania na rzecz konserwowania młodości, ujędrnienia pośladów i rozbudowy bicepsów zamieniłem na kompleksową obsługę żony, pielęgnację życia rodzinnego i spełnianie zachcianek. Choć tych praktycznie nie było [zaskoczenie]. Zawsze jednak znalazło się w domu do zrobienia coś, co stało wyżej w hierarchii niż martwy ciąg.

Żona rosła, ja razem z nią. Aż do połowy października, gdy z brzucha wyskoczyła Hanka. Niemal w tej samej sekundzie moja żona znów stała się niezłą szprychą. A tydzień później super szprychą. A mi nie ubyło ani grama, jakbym wciąż nosił w sobie maleństwo. Takie 10 kilogramowe.

Przez dwa miesiące, każdego wieczoru mówiłem sobie „rano idę na siłkę”. Ale za każdym razem, gdy o świcie przewijałem małą, a ona uśmiechała się, przebierała nóżkami, wydawała te cudnie nieopisane dźwięki, ani myślałem o maratonach na bieżni i seriach brzuszków. Każdą chwilę wolałem spędzić z nią. Aż przyszły święta, czas który nie sprzyja byciu ani eleganckim, ani wysportowanym. Hania przybierała na masie, ja razem z nią. Po Wigilii uwierzyłem w to, że duży brzuch ułatwia noszenie małej – ot takie mobilne krzesełko.

I gdy już miałem rezygnować z karnetu na siłownię i sprzed drzwi zabrać torbę, o którą wszyscy od miesięcy się potykamy, do akcji wkroczyła moja żona. Powiedziała, że choć wyglądam bardziej męsko niż kiedykolwiek – patrz: mobilne krzesełko – to pragnie, abym wrócił do tego, co tak lubiłem.

Wczoraj był ten dzień.Wróciłem do starych nawyków: siłownia o świcie + inne, lepsze jedzenie.

– Żono, zaczynam drakońską dietę.
– Co będziesz jadł?
– Przecież mówię – drakony!

Gdy już przestała się śmiać, postanowiła wesprzeć moje starania. Wyrzuciła wszystkie słodycze i słodkie napoje do kosza, i upichciła fit indora. Całą fermę, bo starczy tego na miesiąc.

Bajka o szczęśliwym dzieciństwie

– Tato, a bajka na dobranoc?
– A mama nie włączyła ci nic z YouTube’a?
– Tato, wymyśl coś, wymyśl…

– Niedawno, niedawno temu, w pewnym powiatowym mieście żył sobie mały chłopiec. Razem ze swoją podwórkową bandą całymi dniami bawił się w „szczęśliwe dzieciństwo”: wdrapywał na najwyższe drzewa w okolicy, kradł marchewki z ogródka sąsiadki, ganiał wokół śmietnika próbując załapać najlepszego w berka. Nie straszne mu był ani brak internetu, ani zła pogoda. Uwielbiał kopać piłę na podwórku całymi dniami, skakać po kałużach, zrywać jabłka z pobliskiego sadu, które przecierał brudną bluzką i zjadał ze smakiem. A musisz wiedzieć, córciu, że już wtedy pestycydy były w użyciu…
– I co się stało? Co?
– I przeżył!
– Łooo, fajnie. Ja też tak mogę?- Ty nie. Bo to niezdrowe. A teraz weź leki na alergię, odłóż okularki do futerału i wyśpij się. Jutro rano mamusia przygotuje nam pyszne  śniadanko bez laktozy i pojedziemy do twojego ulubionego pana doktora od kręgosłupa.

Ta historia jest moim wymysłem, nigdy się nie wydarzyła. Choć mam wrażenie, że jest bardzo bliska wielu rodzicom. Czym prędzej opowiedz maluchowi o swoim dzieciństwie. Karm go ciekawością świata, a nie lekami. 

No to mam przesrane!

Do każdego dziecka powinien być dołączony zestaw skrobaczek i rozpuszczalnik – żartowałem kilka miesięcy temu – po co tapetować pokoik, skoro po solidnej kupie trzeba będzie doprowadzić meble, ściany i siebie do porządku?

Zanim pojawiła się mała, dwa razy stanąłem oko w oko z karkołomnym zadaniem zmiany pieluchy. Pierwszy w szkole rodzenia: nierówna walka z manekinem przez niektórych mogłaby zostać uznana za bestialstwo i zbrodnię przeciwko ludzkości. I słusznie! Drugi raz miał miejsce na stoisku Pampersa podczas rodzinnego pikniku w parku: tu poszło znacznie lepiej. Zamontowałem pochłaniacz właściwą stroną, nie wyrywając kończyn i to w czasie krótszym niż pół godziny.

Nieźle, ale taki wynik można było spokojnie poprawić. Kupiłem pieluchę, zagadałem do znajomego, żeby pożyczył od córki lalkę. Zdziwił się. Następnego dnia przyniósł do pracy dwie blond Barbie – w wersji biznesowej oraz dziwkarskiej – i publicznie zapytał, która mnie kręci. Projekt stracił klauzulę „Ściśle Tajne”, a ja musiałem na forum ogłosić cel ćwiczebnej misji, jednocześnie mierząc się z falą żartów i drwin. Było warto!

Wreszcie stało się: przyszedł czas zmiany symulatora lotów, na stery prawdziwego odrzutowca. A trzeba przyznać, że mała ma niezły wydech. Gdy odpala silniki, brzmi jak startujący Mig. Jest głośno! Lekarz i położna mówią, że tak powinno być, więc jest super. Sąsiedzi mogą być odmiennego zdania. Gdy pierwszy raz zajrzałem do środka oczekiwałem armagedonu. A tymczasem nie śmierdziało (jeszcze) i nie wyglądało tak źle, jak można byłoby się spodziewać. Niewielkie doświadczenie zdobyte na gumowych substytutach przydało się.  Zmienianie pieluchy szybko stało się moim nowym małym hobby. Może nie jest to najczystsza robota, ale daje mi kupę radości nam obojgu.

PS. Rozpuszczalnik i skrobaczkę nadal trzymam w szafie. Na wszelki wypadek.