Najważniejsze słowo dziecka?

Gdy już nasza Hanula opanuje monosylabowe „ma-ma” i „ta-ta”, nauczymy ją trzeciego najważniejszego słowa (zwrotu) w życiu. Dzień dobry.

Mieszkam w bloku, w którym ludzie nie kłaniają się sobie. Sędziwi sąsiedzi mijani od lat, jak i młodzi trzydziestoletni, którzy wynajmują krótkoterminowo. Emerytowani profesorowie i wszelakiej maści doktorstwo, pracownicy mediów, przedsiębiorcy i studenci, solo lub z rodzinami – tak różni, a jednocześnie podobni sobie – małomówni. Gdy zostawię uchylone drzwi, z przyjemnością zapuszczą żurawia, żeby zobaczyć jak żyją inni. Ale nigdy, przenigdy, nie zaintonują „dzień dobry, sąsiedzie”. Z odpowiadaniem na tę słowną zaczepkę wcale nie jest lepiej.

Dzień dobry” jest niepozorne, ale ma wielką moc.

Dzień dobry” jest krótkie i przyjemne w brzmieniu.

Dzień dobry” jest pozytywne.

Dzień dobry” to zauważenie, zwrócenie na kogoś uwagi.

Dzień dobry” to okazanie szacunku.

Dzień dobry” to najlepsze życzenia.

Dzień dobry” to słońce, uśmiech, radość, szczęście.

Dzień dobry” to serdeczność, miłość i pokój.

Dzień dobry” to bliskość z bliskimi.

Dzień dobry” to sympatia wobec nieznajomych.

Dzień dobry” to dowód kultury osobistej.

Dzień dobry” to wybuch radości.

Dzień dobry” to poważna deklaracja.

Dzień dobry” to oświadczenie jak najlepszej woli.

Dzień dobry” to pierwszy krok do miłości.

Dzień dobry” to sposób na poznanie nastroju szefa.

Dzień dobry” to hasło otwierające drzwi.

Dzień dobry” to przekazywanie energii.

Dzień dobry” to coś, co nie boli.

Chciałbym, aby „dzień dobry” było elementem każdego dnia mojej córy. By znała jego wartość i dzieliła się nim z innymi. By bez ograniczeń szastała „dzień dobry” na prawo i lewo. By była w tym rozrzutna, jak Mamusia w Zarze po pensji ;). Dzień dobry.

Rodzinna podróż samochodem

Zapraszam w podróż do męskiego świata. Świata, w którym auto to świętość, a wszyscy podróżujący nim muszą dostosować się do jego wyjątkowo rygorystycznego regulaminu. Proszę zapiąć pasy i jazda!

Ja za kierownicą, żona na fotelu pasażera, tylna kanapa pusta. Tak było przez wiele lat i wiele tysięcy kilometrów. Wtedy reguły były bardzo proste i jasne – samochód do sanktuarium, w którym nie je się i nie pije. W razie głodu lub pragnienia, robi się postój w cywilizowanym miejscu, gdzie możemy uzupełnić braki. W deszczowy lub śnieżny dzień przed wejściem do auta otrzepuje się buty. Bagaże nie jeżdżą w aucie, a w dedykowanym schronie atomowym – czyli bagażniku. W trakcie podróży śmietki pakuje się do swojej kieszeni lub popielniczki, którą opróżnia się wraz zakończeniem podróży. Mimo że w aucie jest popielniczka, obowiązuje bezwzględny zakaz palenia. Za to można wypaść z auta przez otwarte drzwi przy dużej prędkości. Jeżeli regulamin był przestrzegany, podróż stawała się czystą przyjemnością.

Związek frazeologiczny „czysta przyjemność” jest nieprzypadkowy. Dbanie o olśniewający wygląd wszystkich posiadanych aut było moim konikiem. Regularnie co dwa tygodnie jeździłem w południe na myjnię, wracałem późnym wieczorem. Godzinami myłem, szorowałem, polerowałem, nabłyszczałem. Niejedna żona mogłaby podejrzewać faceta o zdradę, tymczasem moją bardzo to bawiło: szczególnie, gdy pewnego razu wróciłem półnagi. Akurat nie miałem czystej, miękkiej szmatki do wypolerowania maski, więc zdjąłem koszulkę i dokończyłem pracę. Samochód błyszczał od wosku, moja klata od potu:). Sprzątanie i mycie naprawdę działało terapeutycznie. Taka pasja, cóż poradzić.

Ja za kierownicą, żona na fotelu pasażera, pies i dziecko na tylnej kanapie. W trakcie długiej podróży żona wystawia mnie na próbę – niepostrzeżenie wyciąga opakowanie marchewek i zerka ukradkiem w moją stronę. Jak zareaguję na szelest torebki? Bez emocji. Jako tatuś wyjątkowo aktywnej dwójki musiałem zmierzyć się z nowym wyzwaniem – totalną demolką auta. Choć pies ma swoje miejsce, specjalna matę i pasy bezpieczeństwa, to w zimowe lub deszczowe dni znaczy wszystkie element wnętrza. Mokrym nosem tworzy sztukę na bocznej szybie. Łapami ćwiczy stepowanie na fotelach, oparciach, drzwiach. I jestem pewien, że robi to celowo. Córa, która niby grzecznie w foteliku siedzi też ma swoje za uszkami. Bo skąd w bagażniku znalazła się wywrotka piasku lub śniegu? Ano z wózka, który trzeba za każdym razem składać i upychać. Nic nie wygląda tak, jak kiedyś. Czarna skórzana tapicerka pokryta jest grubą warstwą brudu, ze wszystkich schowków wystają papiery, kubki, puste opakowania. A z sufitu niemalże zwisają sople soli, którą posypywane są chodniki. Nie ma reguł, nie ma zasad, nie ma choćby centymetra niezagospodarowanej śmieciami powierzchni. Na szczęście pozostaje myśl, że kiedyś moje auto znów odzyska status sanktuarium. Za jedyne 17.5 roku…20180207_082038-01

Ojcowskie wyzwania

Zmiana pieluchy, pielęgnacja, masaż, kąpiel czy śpiewanie kołysanek to mały pikuś. Prawdziwa lekcja ojcowskiego życia dopiero przede mną.

Wiem, że będę mistrzem warkocza dobieranego.

Dziś mam problem, żeby na prośbę żony paluchem przydusić na pilocie właściwy przycisk, ten z ulubionym serialem. Już niebawem będę musiał wykazać się zdolnościami manualnymi na poziomie koronczarek z Koniakowa. Będę doktorem Lubiczem z Klanu, który z chirurgiczną precyzją zaplata warkocze dobierane, wianki z polnych kwiatów i doskonale się przy tym bawi.

Wiem, że wymyślę serial o Kopciuszku.

Jeżeli moja córa będzie choć odrobinę podobna do mnie, usypianie kilkulatki będzie prawdziwym wyzwaniem. Nie zadowoli jej ciągłe opowiadanie dobrze znanej bajki. W ramach struktury Kopciuszka będę musiał wprowadzać nowych bohaterów, rozwijać wątki poboczne, żonglować dramaturgią i kreować coraz to nowe zakończenia. „A gdy wybiła północ, Kopciuszek wybiegł z sali balowej, gubiąc na schodach szklane oko„.

Wiem, że będę chłostał.

Siebie i tylko siebie. Za wszystkie niecenzuralne słowa wypowiedziane podczas prowadzenia auta. Małe uszko z pewnością wychwyci radosną ekspresję tatusia. Za każdą „tępą dzidę” [i mocniejsze określenia] będę klęczał na grochu i chłostał się witkami wierzbowymi po pośladkach. I to do czasu aż moja polszczyzna osiągnie odpowiedni poziom.

Wiem, że będę radośnie popiskiwał.

Nawijał falsetem, niczym małoletni ministrant podczas niedzielnego czytania listu do Koryntian. Najpierw w moje ręce trafi plastikowa lala, a potem komenda: „Bawmy się, tato”. Mała poinstruuje mnie, kim jestem, co robię i jak mam mówić, a potem – zgodnie z założonym przez córkę scenariuszem – będę piszczał wymachując plastikowym Kenem całymi miesiącami.

W nieskończoność mogę mnożyć nowe umiejętności, zawstydzające sytuacje i obowiązki względem dorastającej córy. Cokolwiek się wydarzy, wiem, że będzie wesoło, dziwnie, czasem krępująco. I mogę się tego doczekać!

Sztuka pierwszego kontaktu

Na renomę hotelu przyjaznego rodzinie wpływa nie tylko ilość metrów kwadratowych przestrzeni do zabaw, ale przede wszystkim obsługa. A ta zaczyna się już na poziomie kontaktu mailowego. Dwa 4* obiekty i dwa różne sposoby zachęcania do odwiedzin.

Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie pomysł na rodzinny wypad na weekend do miłego hoteliku z basenem i SPA. Gdy na blogu Podziaranego Taty pojawił się wpis o zabawie noworodka w basenie, myśl zaczęła wiercić się jeszcze szybciej. Postanowiłem napisać do kilku dobrych hoteli przyjaznych rodzinom z pytaniem o dziecko oraz psa:

Zrzut ekranu 2018-03-02 o 09.40.45
Wśród odpowiedzi wielogwiazdkowych hoteli, uwagę zwróciły dwie wiadomości. Obie wyróżniały się podejściem do Klienta, obie w różny sposób.

Hotel na Mazurach

Zrzut ekranu 2018-03-02 o 09.40.54

Hotel w Beskidzie Sądeckim

Zrzut ekranu 2018-03-02 o 09.41.06

Góry czy jeziora?

Hotel na Mazurach zrozumiał, że chcę spędzić rodzinny pobyt z dzieckiem. I z własnej nieprzymuszonej woli dorzucił garść detali, które dla każdego rodzica są piekielnie istotne [łóżeczko, wanienka, itd.]. Hotel w Beskidzie szybko rozprawił się z moją córką.

Dla beskidzkiego obiektu znacznie ważniejsze są zwierzęta. I ich posłuszni właściciele. Poczułem się nieco postraszony wymogami oraz konsekwencjami, które mnie czekają. Bo przecież jeszcze nie wybrałem terminu pobytu, a już wiem, że nielegalnie przemycę psa do pokoju i będę próbował usadzić go przy stole w hotelowej restauracji.

Różnice w podejściu do gości czuć już na poziomie języka: ciepłego i serdecznego tonu na Mazurach oraz nieco urzędowego i zimnego w Beskidzie. Nad jeziorami są „zwierzaki”, w górach „zwierzęta”. O cenniku 50 zł vs 109 zł nawet nie wspomnę.

Wybierając dla swojej rodziny miejsce z klasą i za kasę [niemałą], człowiek oczekuje przede wszystkim poczucia zaopiekowania. Chciałbym, aby moja rodzina była Gościem, nie Klientem. Chcę pojechać tam, gdzie będę naprawdę szczęśliwy. A moje szczęście to roześmiane dziecko, wybiegany pies i ciepły uśmiech osób, które spotkam w hotelowych korytarzach. Już na poziomie korespondencji mailowej można wyczuć, gdzie będzie nam lepiej.

Nazw hoteli nie podaję. Bo i po co.

Najpiękniejszy widok świata

Matka Natura ma łeb na karku! Nie wiem, jak to robi, ale w ekstremalnie gównianych sytuacjach potrafi sprawić, że ze wzruszenia łezka zakręci się w oku.

Godzina 4.00, za oknem mrok. Mała zaczyna płakać. Oho, pielucha do wymiany. Ruchem pełzającym opuszczam legowisko. Nieskoordynowane kończyny poszukują po omacku kapci. Z niemałym wysiłkiem podnoszę się i niczym średniowieczny pokutnik, powłóczę nogami w kierunku łóżeczka małej. Ledwo widzę, ale doskonale słyszę narastający płacz – znak, że jestem blisko.

Rozchylam powieki, ale tylko na tyle, by dostrzec majaczący w mroku kontur dziecka. Po chwili towarzyszy mi w ślimaczej podróży w kierunku przewijaka. Słychać tylko szuranie papuci i dziurawiący bębenki w uszach płacz Hanki.

Mija wieczność, gdy docieramy do przewijaka. Zamknięte oczka, wierzgające nóżki, grymas na pulchnej buźce i donośny płacz. Strzelają zatrzaski w bodziaku. Powietrze wypełnia się zapachem świeżo wyprodukowanej kupy. Od razu się budzę. Mała wciąż płacze z zamkniętymi oczkami. Z precyzją sapera otwieram pieluchę. W środku Armagedon. Wszystko pływa aż po szyję. Zapach paraliżuje nerwy twarzy, dławi krtań, wypycha gałki oczne z orbit.

Hanka nagle otwiera oczka. Nieruchomieje i przestaje płakać. Jej kąciki maleńkich usteczek natychmiastowo rozchylają się, witając tatę szerokim uśmiechem. Cudownie ciepłym, czystym, od ucha do ucha. Uśmiechem, który rozpromienia mrok nocy. A ja z pieluchą pełną płynącej kupy w dłoniach nie mogę od niej oderwać wzorku. Kolana miękną, w oku kręci się łza szczęścia.

Kiedyś zupełnie się zatracę, upuszczę pieluchę i gówno zaleje świat. Ale i tak będzie pięknie.

Nasza czarno-biała codzienność

Kiedyś nasze życie było tęczowe. Otaczały nas kolory, których nierzadko nie potrafiłem nazwać. Od kilku lat powoli i systematycznie traci ono swoje barwy. Wszystko przez serię przypadków.

„Kolory są dla ludzi bez wyobraźni”

Sześć lat temu postanowiliśmy gruntownie wyremontować najmniej ustawne mieszkanie świata. Było przytłaczająco ciemne, ciasne, pełne kątów ostrych i rozwartych. Na pomoc wezwaliśmy doświadczonego architekta. Pół roku i wiele banknotów później nasze gniazdko było gotowe. Niemal zbudowane od nowa. Od podłogi aż po sufit czerń i biel.

Trzy lata temu postanowiłem zmienić pracę. Bez napinki – jak trafi się coś fajnego, wyślę CV. Chwilę później siedziałem na rozmowie w sali konferencyjnej firmy, która była/jest marzeniem milionów [moim także była]. Gdy nikt nie patrzył pstryknąłem i wysłałem żonie foto wielkiej czarnej ściany z białym logo nakreślonym eleganckim fontem.

Dwa lata temu postanowiliśmy, że dołączy do nas pies. Długo szukaliśmy rasy, która łączyłaby coś niewielkiego i słodkiego [kryteria żony] z czymś, co wygląda i zachowuje się jak pies [moje kryteria]. W pewnej knajpie spotkaliśmy dziewczynę ze szczeniakiem. Płaski słodki pychol, wielkie sterczące uszka, niesamowita radość w oczach i … dziwnie długie łapy, jak na buldożka. Zakochaliśmy się w kilka chwil. Niebawem dołączył do nas Boston Terrier. Ma klasę angielskiego lorda, energię nowozelandzkiej drużyny rugby, wdzięk oddziału kawalerii w natarciu, no i chrapie głośniej niż Twój stary. Oczywiście jest czarno-biały.

W tym samym czasie postanowiliśmy zmienić auto. Gdy po długim przeczesywaniu rynku ustaliliśmy model i markę, przyszła kolej na kolor. Każde z nas wybrało z katalogu po dwa typy: żona – szare i błękitne, ja – czerwone i czarne. Następnie pojechaliśmy na parking dilerski, by obejrzeć je na żywo. Wszystkie typy okazały się nijakie. Za to furorę zrobiła biała wersja. Biel z czarnymi 19-calowymi felgami, czarnymi szybami bocznymi, dodatkami i czarną skórą. To było to, mafijne auto w czerni i bieli.

Rok temu, tuż po przebudzeniu, żona poinformowała mnie, że będziemy mieli dziecko. Gdy opanowałem wzruszenie, wstałem z czarnego [a jakże!] łoża małżeńskiego, posprzątałem zasmarkane chusteczki z podłogi w kolorze bielonego dębu i zaśmiałem się: „Mimo że pracujesz w bardzo międzynarodowej firmie, liczę że tym razem nasze szczęście będzie miało jeden kolor”. 

Dzień, który zmienił wszystko

Lekarz wyznaczył datę porodu na 15 października. Nasze maleństwo bardzo chciało dotrzymać terminu. Chyba tak jak my, nie mogło się doczekać spotkania. 

Sobota, 14 października

Zaczęło się nad ranem. Mocne skurcze wybudziły żonę, chwilę później żona obudziła mnie. Ze szkoły rodzenia pamiętaliśmy naukę, by nie panikować i nie gnać na złamanie karku do szpitala. Tak więc, jak co sobotę, najpierw zjedliśmy wspólne długie śniadanie. Po śniadaniu wybraliśmy się na spacer z psem na Pola Mokotowskie. Psiur biegał luzem, a my – niczym staruszkowie – dreptaliśmy pod rękę, co jakiś czas przysiadając na ławce, gdy nadchodził kolejny skurcz. Potem zrobiliśmy duże zakupy w centrum handlowym. Ludzie dziwnie patrzyli, gdy niespodziewanie żona przystawała i skręcała się z bólu. Dzielna dziewczyna.

Wieczorem skurcze były bardzo mocne i częste. W naszym „wymarzonym” szpitalu nie było miejsca, więc pojechaliśmy do innego. Na izbie przyjęć odczekaliśmy swoje – w szpitalu państwowym pewnie jakieś rozporządzenie reguluje minimalny czas siedzenia przed drzwiami. Koło północy lekarka stwierdziła, że to skurcze przepowiadające. Do zobaczenia za kilka godzin.

Niedziela, 15 października

Przez całą noc żona nie zmrużyła oka. Bóle były silne i regularne, więc czym prędzej wróciliśmy na izbę przyjęć. Tym razem zaproszono nas „na pokoje”. Około południa żona rozsmarowała się na miejscu dla rodzicielki, ja zainstalowałem się na fotelu w ojcowskim narożniku. Nie spała od niemal przez dwa dni, a do tego była piekielnie głodna. Na powitanie „zjadła” więc dwie kroplówki wzmacniające, które przygotowała szefowa naszego porodu.

Skurcze były regularne, ale rozwarcie wciąż za małe. Oczekując na główną atrakcję tego dnia dużo rozmawialiśmy, przeczytałem jej kilka babskich artykułów, zrobiliśmy kilka kursów na trasie łazienka – drabinki – łazienka. Poskakała na piłce, wzięła prysznic, a potem ciepłą relaksacyjną kąpiel. Nagle akcja porodowa zaczęła ustawa. Skurcze, a i owszem, wykręcały na boki, ale z czasem stawały się coraz rzadsze: co 5, potem 7, aż w końcu co 9 minut. Położna podjęła męską decyzję: „będziemy rodzić bez znieczulenia”, podanie blokera bólu mogło zatrzymać zupełnie akcję i trzeba byłoby faszerować biedaczkę oksytocyną.

Naturalnie i bez znieczulenia – takiego scenariusza nie zakładaliśmy.  Na szczęście Hanka nie dała żonie wiele czasu na babskie rozkminy, jak bardzo nie jest to po jej myśli i co z tym fantem zrobić. Chwilę później była gotowa opuścić brzuszek. Konkretna i bardzo empatyczna położna wiedziała co robić. „No, kochana, o 17.00 kończę zmianę i chcę mieć Hankę wpisaną na swoje konto, więc rodzimy raz-dwa” – jej profesjonalizm, a jednocześnie pewien luz były wprost cudowne. Kilka wojskowych komend położnej, determinacja żony i jej żelazny uścisk miażdżący kości mojej dłoni przybliżały nas do celu.

Godzina 16.30

Po 30 minutach od rozpoczęcia szoł, Hanka wystrzeliła z łona w ręce położnej, jak piłka rzucona biegaczowi w futbolu amerykańskim. Touchdown! Przyłożenie! WOW. Mała płakała – to był najcudowniejszy dźwięk świata. A chwilę potem leżała przytulona do piersi mamy. Tym razem ja ryczałem jak bóbr. [fuck, dlaczego bóbr?]

Jako prezes spółdzielni Rodzina otrzymałem zaszczyt przecięcia wstęgi powitalnej. Hm, nikt wcześniej nie informował, że pępowina jest tak gumowa [?] i stawia niemały opór. Podołałem. I już mieliśmy świętować nowy rozdział w życiu, gdy położna donośnym głosem wezwała lekarza oraz koleżanki do pomocy. Co się dzieje?!

W sali zaroiło się od ludzi w uniformach. 3 położne i 1 lekarz stwierdzili u żony krwotok i znaczącą utratę krwi. Położna wskazała palcem przewijak z lampą, kazała  mi zająć się dzieckiem i nie odwracać. Nasz pierwszy wyjątkowy kontakt i bardzo wyjątkowe okoliczności. Stałem zwrócony twarzą do ściany próbując mniej lub bardziej sprawnie otrzeć niemowlę z mazi płodowych, jednocześnie słuchając dochodzących zza pleców dźwięków narzędzi chirurgicznych kładzionych na metalowej tacy. Na domiar złego, na wysokości mojego wzorku, tuż obok przewijaka i lamp wisiał duży dozownik do mydła o lustrzanej powierzchni. Z całych sił skupiałem się na małej, by tylko nie zobaczyć na dozowniku odbicia tego, co dzieje się za mną. Uf, udało się.

Po szybkiej akcji zabiegowej żona kolejne dwie godziny spędziła w sali porodowej dochodząc do siebie. W tym czasie nastąpiła zmiana personelu i naszym aniołem położnym stała się inna przecudowna pani. Żona i położna szybko znalazły wspólny język za sprawą wegetarianizmu – chwilę później wymieniały się przepisami i polecanymi książkami. Widok surrealistyczny acz przeuroczy.

Późnym wieczorem żona trafiła na salę poporodową. Dwuosobowy, bardzo zadbany pokój z łazienką pozytywnie nas zaskoczył. Niemal przez cały czas Hania nie opuszczała żony. Dziewczyny poznawały się, uczyły siebie nawzajem, cudownie tuliły. Personel zabierał mała tylko po to, by wykonać niezbędne badania. Po trudnym porodzie żona była wciąż bardzo słaba, więc przez 24h pielęgniarki pomagały jej we wszystkim; prowadziły pod rękę do łazienki, pomagały przystawić małą do piersi. Świetne babki! Drugiego dnia musiała radzić sobie sama z wyżywieniem małej i jej higieną. I to było doskonałe podejście: otoczenie szpitalnym kokonem troski spowodowałoby niepotrzebny stres i dramat w domu. Lepiej żeby młoda mama uczyła się samodzielności w miejscu, w którym za ścianą są jednak profesjonalistki, gotowe pomóc w awaryjnej sytuacji.

Dwa dni po porodzie Hania opuściła szpital i przywitała swój nowy dom.

Z dzieckiem się nie da?

Kiedy pytam znajomych „co się nie da?”, w odpowiedzi pada „wszystko!”. Masz małego berbecia, zapomnij o praniu, sprzątaniu, gotowaniu. Weź głęboki wdech i utoń w domowym chaosie. Albo wykrzesz z siebie odrobinę dobrych chęci.

Dwa razy w tygodniu szalejemy w kuchni. Żona i ja przez 2.5 godziny gotujemy potrawy na kilka dni: ja według starannie rozpisanego planu dietetycznego, żona według uznania [byle było smacznie i bez mięsa]. Małą kładziemy w przenośnym łóżeczko-bujaczku tak, aby wszystko i wszystkich dobrze widziała. Obok układa się kontroler jakości mięsa [pies rasy żarłok]. A potem zaczynamy szoł!

W mieszkaniu rozbrzmiewa cicha muzyka, w garach oraz na patelniach syczą i bulgoczą tajemnicze mikstury. Hanka radośnie przebiera rączkami i nóżkami. Żona tanecznym korkiem rusza do bujaczka. Robi dwa piruety i jedną głupią minę przed małym jury, co zostaje nagrodzone radosnym piskiem. Tak wysoka ocena gwarantuje udział w finale domowego Tańca z Gwiazdami.

Kuchnia szybko wypełnia się aromatycznymi zapachami. Mała uśmiecha się, wodzi za nami wzrokiem. Oto ząbek czosnku, zanim stanie się częścią dressingu, trafia pod malutki nosek. Uśmiech ani na chwilę nie znika z twarzy małej księżniczki. A teraz małe koktajlowe pomidorki: 14 sztuk trafia pod nóż, a jedna w rączki Hanki. Nowa nieznana faktura przez chwilę skupia sto procent jej uwagi. Ale i tak nic bardziej nie cieszy, niż widok durszlaka. Błyszczące, dziwaczne narzędzie, za którym znika i niespodziewanie pojawia twarz taty z okrzykiem „a kuku! ” wywołuje salwy śmiechu i pisków.

Potrawy dochodzą, mała promienieje, najedzony pies leży do góry brzuchem. Wszyscy są szczęśliwi. Niektóre rzeczy [ku naszemu zaskoczeniu] okazują się całkiem proste, jeżeli wykażemy się odrobiną dobrej woli, energii i pomysłowości. Jeżeli wciągniemy dzieciaki w to, co robią dorośli, obowiązkom nadamy formę zabawy.


Gdy pisałem ten tekst, przyszła wiadomość od kumpla, który urządza własne gniazdko: 

[sms <-] Stary, wieczorem przyjedzie nowe łóżko. Pomógłbyś mi je wnieść?
[sms ->] Jasne. Będzie Twoja narzeczona?
[sms <-] Tak.
[sms ->] No to załatwię jej towarzystwo. Przyjadę z Hanką.

Mała będzie miała wieczorny spacer. Żona godzinę spokoju. Narzeczona kumpla poćwiczy śmieszne miny do Hanki, a my dźwigniemy łoże małżeńskie na 8. piętro. Wszyscy będę szczęśliwi! [poza kręgosłupami].

Ile kosztowały nas ciąża i poród?

Zgodnie z warszawskim trendem należy obsypać deszczem złotych monet lekarza prowadzącego ciążę, szpital, położną. Opłacić ludzi i wykupić dodatkowe usługi, aby poród był czystą przyjemnością. 

Wpis jest uzupełnieniem tekstu: Ile kosztuje ciąża i poród w Warszawie?

Lekarz

Naszą ciążę prowadził lekarz pełniący „posługę” w ustawowych godzinach pracy. Młody, sympatyczny gość z nowoczesnym podejściem do tematu. Nie zaklinał deszczu, nie odprawiał modlitw, nie faszerował żony górą witamin. Zalecił przewidziane w karcie ciąży badania, dużo odpoczynku i jeszcze więcej uśmiechu.

Dla żony było to cudowne 9 miesięcy. Uśmiechnięta od ucha do ucha spacerowała całymi dniami z psem po parkach, bujała się na hamakach czytając książki lub plażowała nad Wisłą w towarzystwie dietetycznych przekąsek. Żaden szarlatan w kitlu nie próbował zakłócić jej szczęścia. A to przepięknie rosło proporcjonalnie do brzucha. Rachunek za ciążę: 0 złotych.

Szpital

Cud narodzin dokonał się w publicznym szpitalu. Choć wyglądał jak prywatna klinika ze wszelkimi udogodnieniami. Ładna, przestronna sala porodowa z prysznicem i wanną. Piłki, drabinki i inszy sprzęt do relaksu. Znalazło się też miejsce z fotelem i stolikiem kawowym dla zestresowanego tatuśka. Sale na oddziale poporodowym były zadbane i przyjemne; 2-osobowe z toaletami. Warunki na piątkę z wielkim plusem.

Oczekując na pełne rozwarcie dreptaliśmy po sali, opowiadałem dowcipy, czytałem jakieś babskie pisemka. Żona poskakała na gumowej piłce, a potem zainstalowałem ją w wannie serwując relaksującą kąpiel. Po 4. godzinach od wejścia na oddział Hanka była już z nami. I nie opuściła przez cały pobyt w szpitalu. Gdy późnym wieczorem wychodziłem, mała spała wtulona w żonę. Gdy przychodziłem rano, dziewczyny poznawały się i bawiły. Niczego im nie brakowało. Rachunek za szpital: 0 złotych

Opieka

Konkretna. Miła, troskliwa i konkretna. Na porodówce pełne zrozumienie dla sytuacji rodzącej, duża empatia, odrobina humoru, ale i konkretne działania. Kiedy rodzimy to rodzimy – widać maleństwo, więc nie ma przebacz. Na oddziale poporodowym podobnie – zdrowy balans między opieką nad mamą, a nauką samodzielności.

Nasz poród nie należał do najłatwiejszych [o tym w innym wpisie], ale dzięki położnym stał się doświadczeniem, które oboje wspaniale wspominamy. Pani Asia potrafiła zrelaksować żonę i rozbawić, a gdy zaczęło się – była konkretna i naprawdę profesjonalna. W każdej sytuacji cudownie energiczna i tak bliska, jak ulubiona ciocia. W ojcowskim szaleństwie, poleciałem nawet do przełożonej zapytać, czy można po ciężkim porodzie dokupić extra kameralną salę. Konkretna szefowa położnych spojrzała na mnie z politowaniem: „niech pan trzyma pieniądze na pieluchy, a nie na głupoty wydaje! Tu będzie miała najlepszą opiekę, a nie w płatnym skrzydle szpitala”. Rachunek za opiekę: 0 złotych.

5 miejsc, które kochają kobiety

6 sposobów na grypę, 12 trendów na wiosnę, 15 rzeczy, których nie wiesz o swoim facecie, 4 powody, by powiedzieć TAK, 5 powodów, by powiedzieć NIE. Kobiece pisemka i babski internet kochają wyliczanki! A to moja odpowiedź na poradnikowo-ciekawostkowe dyrdymały.

5 miejsc na ciele mężczyzny, które kochają kobiety.

Poradnik dla mężczyzn.

Dłonie. Najważniejsze, żeby były dwie i żadna z nich nie była lewa. Tylko dwie prawe dłonie pociągają kobiety. Takie ręce doskonale operują przy kolanku, gdy zapcha się rura pod zlewem, do perfekcji opanowały francuza [to taki duży klucz], bez instrukcji składają szafki z Ikei. A po skończonej robocie, zrobią masaż zmęczonych kobiecym plecom. Ideał: Adam Słodowy

Oczy. Tu, w odróżnieniu od dłoni, nie jest wymagany komplet. Wystarczy jedno. Jeżeli jednak partner posiada pełne wyposażenie, ważne by odpowiednio go używał. Dobrze, gdy mężczyzna nieustanie mruży oczy, dzięki czemu nie zauważa przechodzących obok innych kobiet oraz przychodzących do domu kurierów z kieckami ze sklepów internetowych. Ideał: Stevie Wonder.

Potylica. W zasadzie piszczele i potylica. To połączenie może wydawać się dziwne, a tymczasem to jedno z najczęściej artykułowanych przez kobiety miejsc na ciele mężczyzny. Nie ma dnia, by nie padło z jej ust magiczne: jak cię zaraz pi*** … szczele w ten pusty łeb!. Mężczyzna powinien mieć głowę na karku i mocną potylicę, aby znosić z radością razy ukochanej. Ideał: Mariusz Pudzianowski.

Pośladek. Nie dwa, a jeden. Ale za to ten szczególny! To do niego mocno przylega włożony do tylnej kieszeni portfel mężczyzny. Może i lekko odkształcony przez ciągłe uciskanie, może trochę mniej jędrny, ale za to tak bliski karcie kredytowej i kobiecemu sercu. Ideał: pan Wittchen.

Penis. Yyyy… tu nie mam pomysłu, brak argumentacji. Obiecałem „5 miejsc”, więc muszę czymś uzupełnić listę. I stąd ta… zapchajdziura :) Ideał: „nie musi być duży, ważne by był gruby i długi„.