Na towarzyskim marginesie?

Noworodek to wyrok. To ban na towarzyską aktywność oraz klubowe imprezy. To zakaz wjazdu do kin i barów w całej Polsce. To katar, którym nie chcą zarazić się znajomi. Oj tam, oj tam…

Przez wiele lat doskonaliliśmy technikę spędzania wolnego czasu wśród ludźmi. Ćwiczyliśmy barowe spotkania z mojito, nocne posiadówy nad Wisłą, imprezy z parkietowym potupańcem, weekendowe wypady za miasto. By nie pogubić się w tym wszystkim, moja perfekcyjnie-zorganizowana-żona [PZŻ] prowadziła szczegółowy kalendarz wyjść [do ludzi] i przyjść [do nas]. Aż do pewnego dnia.

Nagle wielu znajomych wprowadziło embargo na kontakt z nami. Ograniczyli aktywność do lajkowania zdjęć i pisania, jaka słodka jest nasza mała. W chwilach słabości próbowali wmówić sobie/nam, że nie odzywają się, bo na pewno nie mamy sił, czasu, ochoty na spotkanie. Tia…

Sylwestra spędziliśmy na dwóch imprezach. I to całą rodziną – my, Hanka i pies. Było krótko acz treściwie: zaczęliśmy wcześniej niż zazwyczaj, mała zaliczyła drzemkę a my bezalkoholowo przywitaliśmy Nowy Rok, po czym o przyzwoitej porze zjechaliśmy na bazę. Do dziś wspominamy zaskoczenie na twarzach niektórych imprezowiczów: wchodzą do pełnego ludzi, jadła i napitków salonu, a tu dwumiesięczne niemowlę w ramionach długonogiej piękności w mini i biegający dookoła pies z LEDowo-sylwestrową obrożą.

Bez okazji też da radę: babski wieczór? Nie ma sprawy! Mała nakarmiona, przewinięta, uśmiechnięta – mamusia może lecieć w świat. Trzy lub cztery godziny często wystarczą, by spotkać się z koleżankami, wymienić ważnymi informacjami na temat związków w fazie rozwoju i/lub kryzysu, ploteczkami z szołbizu i opędzlować zad jakiejś nielubianej krowie. Jeżeli sytuacja wymaga dłuższego przebywania poza domem, w porze karmienia pakuję małą do auta i jedziemy do mamusinego cyca. Przecież od czasu do czasu może Góra przyjść do Mahometa, co nie?

Kiedy chcemy wyskoczyć gdzieś tylko we dwoje – dajmy na to na romantyczny shopping, koncert czy do kina – o pomoc prosimy znajomych. Tych życzliwych i kochanych, którzy nie mają dyplomu z obsługi niemowlaka, ale dobre chęci. Bo dobre chęci to wszystko, czego potrzebujemy. Rolą takich cioć i wujków jest niemal wyłącznie siedzenie przed telewizorem w salonie i zajadanie się zostawionym przez nas w podzięce ciastem. Bo wykąpana wcześniej i nakarmiona Hanka odlatuje wieczorem w kilka chwil i śpi przez wiele godzin w pokoiku.

Na przekór światu nie zamykamy się w czterech ścianach. Choć wielu ludzi usilnie próbuje nas upchać w Rodzinnym Escape Roomie – pokoju bez klamek, z którego nie ma ucieczki do czasu, gdy Hanka osiągnie pełnoletność. Bez sensu. Nasza cudowna córa daje nam możliwość bywania z ludźmi i wśród ludzi. Wcale nie rzadziej, tyle że trochę krócej. Dziecko nie wyrzuca na margines towarzyski, a uczy trochę innej [lepszej?] organizacji życia. Także towarzyskiego.

Jest połowa marca, a w kajeciku mojej PZŻ już niewiele zostało wolnych terminów na kwiecień.

Ojcowskie wyzwania

Zmiana pieluchy, pielęgnacja, masaż, kąpiel czy śpiewanie kołysanek to mały pikuś. Prawdziwa lekcja ojcowskiego życia dopiero przede mną.

Wiem, że będę mistrzem warkocza dobieranego.

Dziś mam problem, żeby na prośbę żony paluchem przydusić na pilocie właściwy przycisk, ten z ulubionym serialem. Już niebawem będę musiał wykazać się zdolnościami manualnymi na poziomie koronczarek z Koniakowa. Będę doktorem Lubiczem z Klanu, który z chirurgiczną precyzją zaplata warkocze dobierane, wianki z polnych kwiatów i doskonale się przy tym bawi.

Wiem, że wymyślę serial o Kopciuszku.

Jeżeli moja córa będzie choć odrobinę podobna do mnie, usypianie kilkulatki będzie prawdziwym wyzwaniem. Nie zadowoli jej ciągłe opowiadanie dobrze znanej bajki. W ramach struktury Kopciuszka będę musiał wprowadzać nowych bohaterów, rozwijać wątki poboczne, żonglować dramaturgią i kreować coraz to nowe zakończenia. „A gdy wybiła północ, Kopciuszek wybiegł z sali balowej, gubiąc na schodach szklane oko„.

Wiem, że będę chłostał.

Siebie i tylko siebie. Za wszystkie niecenzuralne słowa wypowiedziane podczas prowadzenia auta. Małe uszko z pewnością wychwyci radosną ekspresję tatusia. Za każdą „tępą dzidę” [i mocniejsze określenia] będę klęczał na grochu i chłostał się witkami wierzbowymi po pośladkach. I to do czasu aż moja polszczyzna osiągnie odpowiedni poziom.

Wiem, że będę radośnie popiskiwał.

Nawijał falsetem, niczym małoletni ministrant podczas niedzielnego czytania listu do Koryntian. Najpierw w moje ręce trafi plastikowa lala, a potem komenda: „Bawmy się, tato”. Mała poinstruuje mnie, kim jestem, co robię i jak mam mówić, a potem – zgodnie z założonym przez córkę scenariuszem – będę piszczał wymachując plastikowym Kenem całymi miesiącami.

W nieskończoność mogę mnożyć nowe umiejętności, zawstydzające sytuacje i obowiązki względem dorastającej córy. Cokolwiek się wydarzy, wiem, że będzie wesoło, dziwnie, czasem krępująco. I mogę się tego doczekać!

Sztuka pierwszego kontaktu

Na renomę hotelu przyjaznego rodzinie wpływa nie tylko ilość metrów kwadratowych przestrzeni do zabaw, ale przede wszystkim obsługa. A ta zaczyna się już na poziomie kontaktu mailowego. Dwa 4* obiekty i dwa różne sposoby zachęcania do odwiedzin.

Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie pomysł na rodzinny wypad na weekend do miłego hoteliku z basenem i SPA. Gdy na blogu Podziaranego Taty pojawił się wpis o zabawie noworodka w basenie, myśl zaczęła wiercić się jeszcze szybciej. Postanowiłem napisać do kilku dobrych hoteli przyjaznych rodzinom z pytaniem o dziecko oraz psa:

Zrzut ekranu 2018-03-02 o 09.40.45
Wśród odpowiedzi wielogwiazdkowych hoteli, uwagę zwróciły dwie wiadomości. Obie wyróżniały się podejściem do Klienta, obie w różny sposób.

Hotel na Mazurach

Zrzut ekranu 2018-03-02 o 09.40.54

Hotel w Beskidzie Sądeckim

Zrzut ekranu 2018-03-02 o 09.41.06

Góry czy jeziora?

Hotel na Mazurach zrozumiał, że chcę spędzić rodzinny pobyt z dzieckiem. I z własnej nieprzymuszonej woli dorzucił garść detali, które dla każdego rodzica są piekielnie istotne [łóżeczko, wanienka, itd.]. Hotel w Beskidzie szybko rozprawił się z moją córką.

Dla beskidzkiego obiektu znacznie ważniejsze są zwierzęta. I ich posłuszni właściciele. Poczułem się nieco postraszony wymogami oraz konsekwencjami, które mnie czekają. Bo przecież jeszcze nie wybrałem terminu pobytu, a już wiem, że nielegalnie przemycę psa do pokoju i będę próbował usadzić go przy stole w hotelowej restauracji.

Różnice w podejściu do gości czuć już na poziomie języka: ciepłego i serdecznego tonu na Mazurach oraz nieco urzędowego i zimnego w Beskidzie. Nad jeziorami są „zwierzaki”, w górach „zwierzęta”. O cenniku 50 zł vs 109 zł nawet nie wspomnę.

Wybierając dla swojej rodziny miejsce z klasą i za kasę [niemałą], człowiek oczekuje przede wszystkim poczucia zaopiekowania. Chciałbym, aby moja rodzina była Gościem, nie Klientem. Chcę pojechać tam, gdzie będę naprawdę szczęśliwy. A moje szczęście to roześmiane dziecko, wybiegany pies i ciepły uśmiech osób, które spotkam w hotelowych korytarzach. Już na poziomie korespondencji mailowej można wyczuć, gdzie będzie nam lepiej.

Nazw hoteli nie podaję. Bo i po co.

Najpiękniejszy widok świata

Matka Natura ma łeb na karku! Nie wiem, jak to robi, ale w ekstremalnie gównianych sytuacjach potrafi sprawić, że ze wzruszenia łezka zakręci się w oku.

Godzina 4.00, za oknem mrok. Mała zaczyna płakać. Oho, pielucha do wymiany. Ruchem pełzającym opuszczam legowisko. Nieskoordynowane kończyny poszukują po omacku kapci. Z niemałym wysiłkiem podnoszę się i niczym średniowieczny pokutnik, powłóczę nogami w kierunku łóżeczka małej. Ledwo widzę, ale doskonale słyszę narastający płacz – znak, że jestem blisko.

Rozchylam powieki, ale tylko na tyle, by dostrzec majaczący w mroku kontur dziecka. Po chwili towarzyszy mi w ślimaczej podróży w kierunku przewijaka. Słychać tylko szuranie papuci i dziurawiący bębenki w uszach płacz Hanki.

Mija wieczność, gdy docieramy do przewijaka. Zamknięte oczka, wierzgające nóżki, grymas na pulchnej buźce i donośny płacz. Strzelają zatrzaski w bodziaku. Powietrze wypełnia się zapachem świeżo wyprodukowanej kupy. Od razu się budzę. Mała wciąż płacze z zamkniętymi oczkami. Z precyzją sapera otwieram pieluchę. W środku Armagedon. Wszystko pływa aż po szyję. Zapach paraliżuje nerwy twarzy, dławi krtań, wypycha gałki oczne z orbit.

Hanka nagle otwiera oczka. Nieruchomieje i przestaje płakać. Jej kąciki maleńkich usteczek natychmiastowo rozchylają się, witając tatę szerokim uśmiechem. Cudownie ciepłym, czystym, od ucha do ucha. Uśmiechem, który rozpromienia mrok nocy. A ja z pieluchą pełną płynącej kupy w dłoniach nie mogę od niej oderwać wzorku. Kolana miękną, w oku kręci się łza szczęścia.

Kiedyś zupełnie się zatracę, upuszczę pieluchę i gówno zaleje świat. Ale i tak będzie pięknie.

Dzień, który zmienił wszystko

Lekarz wyznaczył datę porodu na 15 października. Nasze maleństwo bardzo chciało dotrzymać terminu. Chyba tak jak my, nie mogło się doczekać spotkania. 

Sobota, 14 października

Zaczęło się nad ranem. Mocne skurcze wybudziły żonę, chwilę później żona obudziła mnie. Ze szkoły rodzenia pamiętaliśmy naukę, by nie panikować i nie gnać na złamanie karku do szpitala. Tak więc, jak co sobotę, najpierw zjedliśmy wspólne długie śniadanie. Po śniadaniu wybraliśmy się na spacer z psem na Pola Mokotowskie. Psiur biegał luzem, a my – niczym staruszkowie – dreptaliśmy pod rękę, co jakiś czas przysiadając na ławce, gdy nadchodził kolejny skurcz. Potem zrobiliśmy duże zakupy w centrum handlowym. Ludzie dziwnie patrzyli, gdy niespodziewanie żona przystawała i skręcała się z bólu. Dzielna dziewczyna.

Wieczorem skurcze były bardzo mocne i częste. W naszym „wymarzonym” szpitalu nie było miejsca, więc pojechaliśmy do innego. Na izbie przyjęć odczekaliśmy swoje – w szpitalu państwowym pewnie jakieś rozporządzenie reguluje minimalny czas siedzenia przed drzwiami. Koło północy lekarka stwierdziła, że to skurcze przepowiadające. Do zobaczenia za kilka godzin.

Niedziela, 15 października

Przez całą noc żona nie zmrużyła oka. Bóle były silne i regularne, więc czym prędzej wróciliśmy na izbę przyjęć. Tym razem zaproszono nas „na pokoje”. Około południa żona rozsmarowała się na miejscu dla rodzicielki, ja zainstalowałem się na fotelu w ojcowskim narożniku. Nie spała od niemal przez dwa dni, a do tego była piekielnie głodna. Na powitanie „zjadła” więc dwie kroplówki wzmacniające, które przygotowała szefowa naszego porodu.

Skurcze były regularne, ale rozwarcie wciąż za małe. Oczekując na główną atrakcję tego dnia dużo rozmawialiśmy, przeczytałem jej kilka babskich artykułów, zrobiliśmy kilka kursów na trasie łazienka – drabinki – łazienka. Poskakała na piłce, wzięła prysznic, a potem ciepłą relaksacyjną kąpiel. Nagle akcja porodowa zaczęła ustawa. Skurcze, a i owszem, wykręcały na boki, ale z czasem stawały się coraz rzadsze: co 5, potem 7, aż w końcu co 9 minut. Położna podjęła męską decyzję: „będziemy rodzić bez znieczulenia”, podanie blokera bólu mogło zatrzymać zupełnie akcję i trzeba byłoby faszerować biedaczkę oksytocyną.

Naturalnie i bez znieczulenia – takiego scenariusza nie zakładaliśmy.  Na szczęście Hanka nie dała żonie wiele czasu na babskie rozkminy, jak bardzo nie jest to po jej myśli i co z tym fantem zrobić. Chwilę później była gotowa opuścić brzuszek. Konkretna i bardzo empatyczna położna wiedziała co robić. „No, kochana, o 17.00 kończę zmianę i chcę mieć Hankę wpisaną na swoje konto, więc rodzimy raz-dwa” – jej profesjonalizm, a jednocześnie pewien luz były wprost cudowne. Kilka wojskowych komend położnej, determinacja żony i jej żelazny uścisk miażdżący kości mojej dłoni przybliżały nas do celu.

Godzina 16.30

Po 30 minutach od rozpoczęcia szoł, Hanka wystrzeliła z łona w ręce położnej, jak piłka rzucona biegaczowi w futbolu amerykańskim. Touchdown! Przyłożenie! WOW. Mała płakała – to był najcudowniejszy dźwięk świata. A chwilę potem leżała przytulona do piersi mamy. Tym razem ja ryczałem jak bóbr. [fuck, dlaczego bóbr?]

Jako prezes spółdzielni Rodzina otrzymałem zaszczyt przecięcia wstęgi powitalnej. Hm, nikt wcześniej nie informował, że pępowina jest tak gumowa [?] i stawia niemały opór. Podołałem. I już mieliśmy świętować nowy rozdział w życiu, gdy położna donośnym głosem wezwała lekarza oraz koleżanki do pomocy. Co się dzieje?!

W sali zaroiło się od ludzi w uniformach. 3 położne i 1 lekarz stwierdzili u żony krwotok i znaczącą utratę krwi. Położna wskazała palcem przewijak z lampą, kazała  mi zająć się dzieckiem i nie odwracać. Nasz pierwszy wyjątkowy kontakt i bardzo wyjątkowe okoliczności. Stałem zwrócony twarzą do ściany próbując mniej lub bardziej sprawnie otrzeć niemowlę z mazi płodowych, jednocześnie słuchając dochodzących zza pleców dźwięków narzędzi chirurgicznych kładzionych na metalowej tacy. Na domiar złego, na wysokości mojego wzorku, tuż obok przewijaka i lamp wisiał duży dozownik do mydła o lustrzanej powierzchni. Z całych sił skupiałem się na małej, by tylko nie zobaczyć na dozowniku odbicia tego, co dzieje się za mną. Uf, udało się.

Po szybkiej akcji zabiegowej żona kolejne dwie godziny spędziła w sali porodowej dochodząc do siebie. W tym czasie nastąpiła zmiana personelu i naszym aniołem położnym stała się inna przecudowna pani. Żona i położna szybko znalazły wspólny język za sprawą wegetarianizmu – chwilę później wymieniały się przepisami i polecanymi książkami. Widok surrealistyczny acz przeuroczy.

Późnym wieczorem żona trafiła na salę poporodową. Dwuosobowy, bardzo zadbany pokój z łazienką pozytywnie nas zaskoczył. Niemal przez cały czas Hania nie opuszczała żony. Dziewczyny poznawały się, uczyły siebie nawzajem, cudownie tuliły. Personel zabierał mała tylko po to, by wykonać niezbędne badania. Po trudnym porodzie żona była wciąż bardzo słaba, więc przez 24h pielęgniarki pomagały jej we wszystkim; prowadziły pod rękę do łazienki, pomagały przystawić małą do piersi. Świetne babki! Drugiego dnia musiała radzić sobie sama z wyżywieniem małej i jej higieną. I to było doskonałe podejście: otoczenie szpitalnym kokonem troski spowodowałoby niepotrzebny stres i dramat w domu. Lepiej żeby młoda mama uczyła się samodzielności w miejscu, w którym za ścianą są jednak profesjonalistki, gotowe pomóc w awaryjnej sytuacji.

Dwa dni po porodzie Hania opuściła szpital i przywitała swój nowy dom.

Jak wylaszczyć partnerkę

Dziecko wiele zmienia w życiu kobiety. Nie tylko wpływa na jej harmonogram dnia, ale i biodra, piersi, uda, pośladki. Bądź dobrym partnerem, pomóż swojej pani osiągnąć zadowolenie i dobrą formę. To naprawdę proste!

Krok 1. Obniż poziom stresu partnerki. Po pierwsze wyrzucając wszystkie kolorowe pisemka, po drugie zmieniając hasło na jej Instagramie i Facebooku. Dzięki temu nie dowie się, że po porodzie Anna Lewandowska wróciła do formy w miesiąc, Natalia Siwiec w 3 tygodnie, a Marcela Leszczak [partnerka Miśka Koterskiego] w kilka dni. Bez głodowych diet, skalpela i chudotwórcy. Samo wsiąkło.

Krok 2. Załatw partnerce najlepszego trenera! Nie daj się wciągnąć w babską politykę – „jesteś za Chodakowską czy Lewandowską?” Po którejkolwiek stronie staniesz i tak będzie źle. Nie oceniaj jakości oferty po liczbie lajków, bo niechcący Deynna i Majewskiego [taki męski duet na równi pochyłej] polecisz partnerce! Zamiast marketingu, wybierz konkret, czyli trenera z jajami [czytaj: mężczyznę]. Takiego jak Dziki Trener, który wali prosto między cyce co i jak.

Albo takiego jak Qczaj, uroczy mikrusek z bombową energią, który podskakuje jak sprężyna i nieustannie dokazuje po góralsku.

Krok 3. Dźwigaj za mamę słodki ciężar. Urwij się wcześniej z pracy w dniu jej treningu i przejmij malucha. Partnerka zyska godzinę czasu dla siebie. Pod żadnym pozorem nie pozwól, by wykorzystała to na odsypianie. To czas ciężkiej pracy! Ona pomacha nóżką dla zdrowotności, Ty rozwiniesz bezcenną więź z dzieckiem. Wszyscy będziecie wygrani.

Mój autorski progam wylaszczania partnerek w 3 krokach osiąga spektakularne rezultaty. Dowodzą tego badania naukowe prowadzone od niemal 4 miesięcy w moim salonie. Brzucha brak, nogi do nieba i szeroki uśmiech od ucha do … dupy. Powodzenia! 

 

Czy facet powinien być przy porodzie?

Odpowiedź: TAK.
Koniec wpisu.


Uzupełnienie.

Rola faceta podczas porodu:

  • Być i milczeć. Sama obecność faceta daje wiele partnerce. A milczenie jeszcze więcej. Facet nieproszony, nie zabiera głosu. Nie ma nic gorszego, niż natręt, który co chwila pyta, czy coś podać, czy boli, czy poprawić poduszkę, jak się czuje, o czym myśli, co na obiad. Albo po prostu gada. Za gadulstwo na porodówce idzie się do piekła!
  • Słuchać i wykonywać. Wszystko, o co partnerka poprosi. Każe opowiedzieć żart, facet opowiada żart życia z zajebistą puentą. Każe otworzyć okno, facet otwiera. A jak się nie da, to wybija szybę głową. Każe przynieść wodę, facet przynosi. Tylko bez głupich numerów w stylu: „Kochanie, wolisz Żywiec Zdrój czy Kroplę Beskidu? Pół litra czy więcej?
  • Szybko biegać. Jeżeli partnerka zażąda, aby zjawił się tu lekarz lub położna, obowiązkiem faceta jest dostarczyć przesyłkę w 30 sekund. Wyciągnąć za włosy położną z toalety lub porwać lekarza z innego oddziału. W sprincie liczą się szybkie efekty.
  • Nie pieprzyć i nie słodzić. Widząc spoconą ukochaną z przetłuszczonymi włosami, nie pieprzyć banialuk, że pięknie wygląda. Słodzenie o wspaniałości, sile i męskim podziwie dla jej też jest nie na miejscu. W obu przypadkach może się to skończyć soczystym bluzgiem wymierzonym między oczy faceta.
  • Nie interesować się! Czym? Wszystkim! Nie rozglądać się, nie gapić, nie próbować dociekać „dlaczego tak masz” i „do czego służy to urządzenie?„. Od momentu wejścia na oddział pełne skupienie tylko na partnerce i wzrok wbity w podłogę. Niechcący można zobaczyć coś, czego nie da się odwidzieć. Albo, co gorsza, ona zobaczy, że partner coś zobaczył i wtedy masakra na całego.
  • Służyć ramieniem. Facet ma być jak biała laska dla Stevie Wondera czy wózek elektryczny dla Stephena Hawkinga. Niczym więcej jak organicznym narzędziem, które ma pomóc czasowo niedomagającej kobiecie dostać się do łazienki lub wydostać z wanny.
  • Trzymać (nie tylko) łapy przy sobie. W oczekiwaniu na pełne rozwarcie facet nieproszony nie mizia po ręce, nie daje całusów, nie zaplata warkoczy. Może wczoraj to uwielbiała, ale dziś rozdrażniona głowę urwie za mazanie ją paluchem.

Przed porodem warto z porozmawiać. Ustalić pewne proste zasady, by nie było niedomówień i niepotrzebnych nerwów w szpitalu. Wszystkiego nie da się przewidzieć i zaplanować, ale jeżeli poznasz choćby kierunek, unikniesz uchylania się  przed rzuconą w Twoją stronę metalową kaczką. Powodzenia!

Ile kosztowały nas ciąża i poród?

Zgodnie z warszawskim trendem należy obsypać deszczem złotych monet lekarza prowadzącego ciążę, szpital, położną. Opłacić ludzi i wykupić dodatkowe usługi, aby poród był czystą przyjemnością. 

Wpis jest uzupełnieniem tekstu: Ile kosztuje ciąża i poród w Warszawie?

Lekarz

Naszą ciążę prowadził lekarz pełniący „posługę” w ustawowych godzinach pracy. Młody, sympatyczny gość z nowoczesnym podejściem do tematu. Nie zaklinał deszczu, nie odprawiał modlitw, nie faszerował żony górą witamin. Zalecił przewidziane w karcie ciąży badania, dużo odpoczynku i jeszcze więcej uśmiechu.

Dla żony było to cudowne 9 miesięcy. Uśmiechnięta od ucha do ucha spacerowała całymi dniami z psem po parkach, bujała się na hamakach czytając książki lub plażowała nad Wisłą w towarzystwie dietetycznych przekąsek. Żaden szarlatan w kitlu nie próbował zakłócić jej szczęścia. A to przepięknie rosło proporcjonalnie do brzucha. Rachunek za ciążę: 0 złotych.

Szpital

Cud narodzin dokonał się w publicznym szpitalu. Choć wyglądał jak prywatna klinika ze wszelkimi udogodnieniami. Ładna, przestronna sala porodowa z prysznicem i wanną. Piłki, drabinki i inszy sprzęt do relaksu. Znalazło się też miejsce z fotelem i stolikiem kawowym dla zestresowanego tatuśka. Sale na oddziale poporodowym były zadbane i przyjemne; 2-osobowe z toaletami. Warunki na piątkę z wielkim plusem.

Oczekując na pełne rozwarcie dreptaliśmy po sali, opowiadałem dowcipy, czytałem jakieś babskie pisemka. Żona poskakała na gumowej piłce, a potem zainstalowałem ją w wannie serwując relaksującą kąpiel. Po 4. godzinach od wejścia na oddział Hanka była już z nami. I nie opuściła przez cały pobyt w szpitalu. Gdy późnym wieczorem wychodziłem, mała spała wtulona w żonę. Gdy przychodziłem rano, dziewczyny poznawały się i bawiły. Niczego im nie brakowało. Rachunek za szpital: 0 złotych

Opieka

Konkretna. Miła, troskliwa i konkretna. Na porodówce pełne zrozumienie dla sytuacji rodzącej, duża empatia, odrobina humoru, ale i konkretne działania. Kiedy rodzimy to rodzimy – widać maleństwo, więc nie ma przebacz. Na oddziale poporodowym podobnie – zdrowy balans między opieką nad mamą, a nauką samodzielności.

Nasz poród nie należał do najłatwiejszych [o tym w innym wpisie], ale dzięki położnym stał się doświadczeniem, które oboje wspaniale wspominamy. Pani Asia potrafiła zrelaksować żonę i rozbawić, a gdy zaczęło się – była konkretna i naprawdę profesjonalna. W każdej sytuacji cudownie energiczna i tak bliska, jak ulubiona ciocia. W ojcowskim szaleństwie, poleciałem nawet do przełożonej zapytać, czy można po ciężkim porodzie dokupić extra kameralną salę. Konkretna szefowa położnych spojrzała na mnie z politowaniem: „niech pan trzyma pieniądze na pieluchy, a nie na głupoty wydaje! Tu będzie miała najlepszą opiekę, a nie w płatnym skrzydle szpitala”. Rachunek za opiekę: 0 złotych.

Cudowne życie #instamatek

Twierdzenie, że bycie mamą to praca na pełen etat nie uwzględniało Instagrama. Tam wiele #instamam haruje w pocie czoła, wyrabiając kolejne godziny nadliczbowe. A ja je szczerze podziwiam! I nieustannie zachodzę w głowę, jak one to robią…

Jak one to robią, że zasłonka w pokoju malucha, bukiet kwiatów, body dziecka, jego ręcznie szyta maskotka i paznokcie u ich stóp mamy mają ten sam kolor.

Jak one to robią, że zamiast dresu zaplutego jakąś kaszkowatą breją, w domu krzątają się w zwiewnych sukienkach koktajlowych i kobiecych szpilkach.

Jak one to robią, że mimo nieprzespanych nocy, całodobowej opieki, kolek, ząbkowania, ich fryzury są nienaganne, uśmiech szeroki, a cera jak u nastolatki.

Jak one to robią, że ich dzieci nieustannie śpią w ciągu dnia. Wtulone w kilkanaście markowych produktów wyglądają jak aniołki.

Jak one to robią, że mają czas tworzyć na śnieżnobiałym prześcieradle drobiazgowo dopracowane kompozycje złożone z własnych nóg oraz kosmetyków nadesłanych przez sponsorów.

Jak one to robią, że każde ich zdjęcie doskonale opowiada historię i nie wymaga opisu. Dzięki temu mają jeszcze więcej przestrzeni na hashtagi.

Jak one to robią, że między wiszącymi na ścianach angielskimi sentencjami o miłości i rodzinie, nie ma dziecięcych bazgrołów wykonanych kredkami. Zawsze i wszędzie panuje porządek, a na podłodze z olejowanych desek nie ma zabawkowego burdelu.

Jak one to robią, że każdego dnia na spacerze śledzi je profesjonalny paparazzi, który uchwyci najpiękniejsze momenty mamy i maleństwa w bardzo naturalnych, niepozowanych sytuacjach.

Jak one to robią, że będąc tak aktywnymi mamami, wciąż mają czas i energię by współpracować z markami, o co zabiegają z niezwykłym zaangażowaniem.

Jak one to robią, że u nich zawsze świeci słońce.

Chętnie pokazałbym kilka profili instamatek i rzucił wyzwanie mojej żonie, ale w rewanżu ona rzuciłaby mi zapewne soczystą wiązankę. Tak więc pozostaje mi obserwować u innych to wielkie szczęście z dodatkiem filtrów. I mocno im kibicować. Naprawdę podziwiam zaangażowanie, z jakim dzielą się w wirtualnym świecie swoim życiem. Prawdziwym życiem.

Zaufanie córki to rzecz święta!

Kiedyś moja córa przyprowadzi do domu kolegę, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś przedstawi oficjalnie swojego chłopaka, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś zaprosi go na rodzinny obiad, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś przyjedzie po nią na motocyklu, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś zmieni tego na innego, a potem kolejnego. A ja nadal będę miły.

Nawet jeżeli będzie niewydarzony, rozkojarzony, zesrany w gacie, ja wciąż będę dla niego miły. Dlaczego? Bo zdobycie i utrzymanie zaufania córki to rzecz święta! Kochający ojciec musi dołożyć wszelkich starań, aby dziecko czuło, że tatuś jest wyrozumiały i akceptuje młodzieńcze wybory swojej córki. Zamiast obściskiwać się w szkolnej szatni, ściemniać starym, że idzie do koleżanki uczyć się do klasówki z religii lub chować z telefonem w łazience, niech zaprosi chłopaka do domu. Matka rosół zrobi i mielone na drugie.

Kiedyś moja mała córeczka wyrośnie z pieluch i zacznie poznawać świat. Świat pełen małych, cwanych odszczepieńców, którym tylko jedno w głowie. A ja będę dla nich miły.

A przynajmniej postaram się ;).