Najważniejsze słowo dziecka?

Gdy już nasza Hanula opanuje monosylabowe „ma-ma” i „ta-ta”, nauczymy ją trzeciego najważniejszego słowa (zwrotu) w życiu. Dzień dobry.

Mieszkam w bloku, w którym ludzie nie kłaniają się sobie. Sędziwi sąsiedzi mijani od lat, jak i młodzi trzydziestoletni, którzy wynajmują krótkoterminowo. Emerytowani profesorowie i wszelakiej maści doktorstwo, pracownicy mediów, przedsiębiorcy i studenci, solo lub z rodzinami – tak różni, a jednocześnie podobni sobie – małomówni. Gdy zostawię uchylone drzwi, z przyjemnością zapuszczą żurawia, żeby zobaczyć jak żyją inni. Ale nigdy, przenigdy, nie zaintonują „dzień dobry, sąsiedzie”. Z odpowiadaniem na tę słowną zaczepkę wcale nie jest lepiej.

Dzień dobry” jest niepozorne, ale ma wielką moc.

Dzień dobry” jest krótkie i przyjemne w brzmieniu.

Dzień dobry” jest pozytywne.

Dzień dobry” to zauważenie, zwrócenie na kogoś uwagi.

Dzień dobry” to okazanie szacunku.

Dzień dobry” to najlepsze życzenia.

Dzień dobry” to słońce, uśmiech, radość, szczęście.

Dzień dobry” to serdeczność, miłość i pokój.

Dzień dobry” to bliskość z bliskimi.

Dzień dobry” to sympatia wobec nieznajomych.

Dzień dobry” to dowód kultury osobistej.

Dzień dobry” to wybuch radości.

Dzień dobry” to poważna deklaracja.

Dzień dobry” to oświadczenie jak najlepszej woli.

Dzień dobry” to pierwszy krok do miłości.

Dzień dobry” to sposób na poznanie nastroju szefa.

Dzień dobry” to hasło otwierające drzwi.

Dzień dobry” to przekazywanie energii.

Dzień dobry” to coś, co nie boli.

Chciałbym, aby „dzień dobry” było elementem każdego dnia mojej córy. By znała jego wartość i dzieliła się nim z innymi. By bez ograniczeń szastała „dzień dobry” na prawo i lewo. By była w tym rozrzutna, jak Mamusia w Zarze po pensji ;). Dzień dobry.

Ojcowskie wyzwania

Zmiana pieluchy, pielęgnacja, masaż, kąpiel czy śpiewanie kołysanek to mały pikuś. Prawdziwa lekcja ojcowskiego życia dopiero przede mną.

Wiem, że będę mistrzem warkocza dobieranego.

Dziś mam problem, żeby na prośbę żony paluchem przydusić na pilocie właściwy przycisk, ten z ulubionym serialem. Już niebawem będę musiał wykazać się zdolnościami manualnymi na poziomie koronczarek z Koniakowa. Będę doktorem Lubiczem z Klanu, który z chirurgiczną precyzją zaplata warkocze dobierane, wianki z polnych kwiatów i doskonale się przy tym bawi.

Wiem, że wymyślę serial o Kopciuszku.

Jeżeli moja córa będzie choć odrobinę podobna do mnie, usypianie kilkulatki będzie prawdziwym wyzwaniem. Nie zadowoli jej ciągłe opowiadanie dobrze znanej bajki. W ramach struktury Kopciuszka będę musiał wprowadzać nowych bohaterów, rozwijać wątki poboczne, żonglować dramaturgią i kreować coraz to nowe zakończenia. „A gdy wybiła północ, Kopciuszek wybiegł z sali balowej, gubiąc na schodach szklane oko„.

Wiem, że będę chłostał.

Siebie i tylko siebie. Za wszystkie niecenzuralne słowa wypowiedziane podczas prowadzenia auta. Małe uszko z pewnością wychwyci radosną ekspresję tatusia. Za każdą „tępą dzidę” [i mocniejsze określenia] będę klęczał na grochu i chłostał się witkami wierzbowymi po pośladkach. I to do czasu aż moja polszczyzna osiągnie odpowiedni poziom.

Wiem, że będę radośnie popiskiwał.

Nawijał falsetem, niczym małoletni ministrant podczas niedzielnego czytania listu do Koryntian. Najpierw w moje ręce trafi plastikowa lala, a potem komenda: „Bawmy się, tato”. Mała poinstruuje mnie, kim jestem, co robię i jak mam mówić, a potem – zgodnie z założonym przez córkę scenariuszem – będę piszczał wymachując plastikowym Kenem całymi miesiącami.

W nieskończoność mogę mnożyć nowe umiejętności, zawstydzające sytuacje i obowiązki względem dorastającej córy. Cokolwiek się wydarzy, wiem, że będzie wesoło, dziwnie, czasem krępująco. I mogę się tego doczekać!

Zaufanie córki to rzecz święta!

Kiedyś moja córa przyprowadzi do domu kolegę, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś przedstawi oficjalnie swojego chłopaka, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś zaprosi go na rodzinny obiad, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś przyjedzie po nią na motocyklu, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś zmieni tego na innego, a potem kolejnego. A ja nadal będę miły.

Nawet jeżeli będzie niewydarzony, rozkojarzony, zesrany w gacie, ja wciąż będę dla niego miły. Dlaczego? Bo zdobycie i utrzymanie zaufania córki to rzecz święta! Kochający ojciec musi dołożyć wszelkich starań, aby dziecko czuło, że tatuś jest wyrozumiały i akceptuje młodzieńcze wybory swojej córki. Zamiast obściskiwać się w szkolnej szatni, ściemniać starym, że idzie do koleżanki uczyć się do klasówki z religii lub chować z telefonem w łazience, niech zaprosi chłopaka do domu. Matka rosół zrobi i mielone na drugie.

Kiedyś moja mała córeczka wyrośnie z pieluch i zacznie poznawać świat. Świat pełen małych, cwanych odszczepieńców, którym tylko jedno w głowie. A ja będę dla nich miły.

A przynajmniej postaram się ;).

„Rodzinne” spotkania: menele

Życie uwielbia zaskakiwać młodych rodziców. Spotkanie z grupą meneli [cz.1] czy ostra awantura w autobusie [cz.2] mogą okazać się ciekawym, a nawet miłym doświadczeniem.

Kodeks honorowy menela. Kilka dni temu wybraliśmy się na targ do Hali Gwardii. Tętniące życiem i pysznymi smakami miejsce, przed którym za cholerę nie da się zaparkować wieczorem. Po kwadransie udało się znaleźć wąskie miejsce przed drzwiami monopolowego. Wejścia do sklepu strzegła garstka lokalnych czerwononosych, tych którzy za 2 złote z radością popilnują auta. Wypakowałem i rozkładałem wózek, gdy jeden z nich ruszył nas powitać.

– Benek, wracaj! Zostaw państwa! – zawołał ktoś z ekipy

Półgłuchy Benek kuśtykał w naszym kierunku mamrocząc klasyczne „kierowniku, czy nie poratowałbyś…”. W tym momencie rozległo się chóralne:

– Benek, kurwa, wracaj! Wpierdol dostaniesz, jak zaczepisz państwa!

Gdy Benek porzucił zamiar wydębienia paru złociszy na jakiś tani mózgotrzep, lider grupy z oddali [co ważne] zwrócił się do nas głosem bardzo, bardzo starego rockmana:

– Przepraszamy, ale mamy zasadę. Nigdy nie podchodzimy do rodzin z małym dzieckiem. Nigdy.

Szacunek [dla] ludzi ulicy!

Samiec w tatowozie?

Bycie tatą napawa mnie dumą. Ba, nawet więcej – sprawia, że czuję się jeszcze bardziej sexy! A to wszystko także (przede wszystkim?) dzięki żonie, która nie dopuszcza do tego bym po ojcowsku zdziadział! 

Oho, nadjeżdża karawan! Pewnie jakiś pogrzeb w okolicy. A nie, to tatuś z rodzinką parkują przed blokiem. Widząc nudne auto w smutnym kolorze, a do tego w obowiązkowej wersji kombi tak łatwo o pomyłkę. Nie wiem skąd wziął się ten przymus bycia na drodze nijakim, ale ja się nie wpisuję w niego. I dzielnie wspiera mnie w tym moja żona.

Rok temu, gdy Hania była w fazie planowania i sprawdzania możliwości produkcyjnych, postanowiliśmy zmienić auto. Oczywiście zakładaliśmy, że poza nami i psem, będzie podróżować jeszcze mała istotka. A wraz z nią cały majdan dodatków, wózków i innych gadżetów. Zrobiłem przegląd rynku i bardzo, bardzo długo wybierałem kilka modeli oraz marek. Im dłużej dumałem, tym trudniej było się zdecydować. Moja lista potencjalnych aut nie zawężała się, a wręcz przeciwnie – dochodziło do niej coraz więcej modeli, a te które były ulubione stawiałem pod znakiem zapytania. W tym miejscu wkroczyła żona: „Kombi? Zapomnij!” Definitywnie wyraziła swoje zdanie: „mój mąż musi wyglądać seksownie! SUV i kombi nie wchodzą w grę!” Loooooove!

Z listy wyleciał Volkswagen Passat- przewidywalny, ułożony i nudny, jak praca korpotatuśka, który nią jeździ. Wyleciała też Mazda6 kombi, bo choć to jedna z bardziej powabnych linii, to jednak kombi. Bez żalu pożegnałem nijakie Toyoty, Fordy i Seaty, jednym ruchem wykreśliłem wszystkie potencjalne SUVy. Na liście została Skoda Superb i Mazda6, auta w wersji sedan, w wyraźnych kolorach i z potężnymi alufelami. Pierwsza ostra z wyglądu, jeszcze bardziej z charakteru. Druga dynamicznie piękna i niezwykle zmysłowa. Obie przestronne, rodzinnie, a do tego z lekkim sportowym pazurkiem.

– Do bagażnika musi zmieścić się wózek – stwierdziła
– Super,  wózek wchodzi i zostaje jeszcze miejsce na zwłoki…
– Wypad za miasto z moją teściową? – zażartowała.
Chyba.

Choć minął ponad rok od zakupu auta, choć na szybie świeci znaczek „Baby on board”, a tylna kanapa została zaadoptowana pod mobilny pokój dziecięcy dla Hani, nadal moja żona z błyskiem w oku powtarza, że lubi patrzeć jak przystojny facet podjeżdża po nią na parking przed blokiem. I ten facet to ja! Love.

PS. Które auto wybrałem? To nie ma znaczenia!

Co lubią wszystkie kobiety?

Banalne pytanie, więc i odpowiedź niewyszukana – dobry styl. Problem w tym, że każdy egzemplarz ceni inną stylówkę. Choć  jest pewien wyjątek.

Misternie ułożony włos uzupełniony taliowaną marynarką i kompletem śnieżnobiałych zębów, albo dzika jak Puszcza Białowieska (do niedawna) broda wyrastająca ponad owersajzowym sweterkiem – zapewne zrobi wrażenie na wielu paniach. Ba, w niektórych kręgach – tych bardziej opornych na modę  – nawet totalny brak stylu uznany został za jego odmianę i dopuszczalny do kanonu piękna. Podobnie jest ze umiejętnościami: jedne wzdychają do utalentowanych, acz odklejonych od świata artystów, inne do operatywnych i zaradnych konkret-facetów. Pełna paleta barw, no i super!

Jest jednak pewna rzecz, która sprawia, że każda kobieta zwróci uwagę na faceta, zatrzyma się na chwilę lub uśmiechnie. I ta zakochana w 6-pakach na brzuchu, ale i jej mama lub babcia preferująca solidne bębny obleczone skórą . Nieco ponad 30 lat zajęło mi odkrycie, że wszystkim kobietom imponuje styl w jakim mężczyzna zmienia dziecku pieluchę. Dokładnie tak! Dobry styl, czyli pewność ruchów, szybkość, zdecydowanie. A jednocześnie delikatność, czułość, troska. Całość wrażeń spotęgowana dodatkowo kontrastem silnych męskich dłoni i malutkich dziecięcych nóżek. Mrrr. Obok takiego obrazka żadna kobieta nie przejdzie obojętnie, gwarantuję!

Jeżeli chcesz zwrócić uwagę tej wybranej, ale i wszystkich innych, już dziś zacznij ćwiczyć, nawet na sucho. Pewnego dnia styl, w jakim zmienisz pampersiaka jakiemuś (niekoniecznie Twojemu) dziecku, na pewno zostanie zauważony i doceniony. Wierz mi, że nigdy nie usłyszysz więcej kobiecych westchnień, niż w chwili ścierania kupy z ud małego człowieczka, czasem z jego pleców lub z siebie. W takich sytuacjach można naprawdę poczuć się prawdziwym mężczyzną, i nawet brudna pielucha gówno ma do tego.

No to mam przesrane!

Do każdego dziecka powinien być dołączony zestaw skrobaczek i rozpuszczalnik – żartowałem kilka miesięcy temu – po co tapetować pokoik, skoro po solidnej kupie trzeba będzie doprowadzić meble, ściany i siebie do porządku?

Zanim pojawiła się mała, dwa razy stanąłem oko w oko z karkołomnym zadaniem zmiany pieluchy. Pierwszy w szkole rodzenia: nierówna walka z manekinem przez niektórych mogłaby zostać uznana za bestialstwo i zbrodnię przeciwko ludzkości. I słusznie! Drugi raz miał miejsce na stoisku Pampersa podczas rodzinnego pikniku w parku: tu poszło znacznie lepiej. Zamontowałem pochłaniacz właściwą stroną, nie wyrywając kończyn i to w czasie krótszym niż pół godziny.

Nieźle, ale taki wynik można było spokojnie poprawić. Kupiłem pieluchę, zagadałem do znajomego, żeby pożyczył od córki lalkę. Zdziwił się. Następnego dnia przyniósł do pracy dwie blond Barbie – w wersji biznesowej oraz dziwkarskiej – i publicznie zapytał, która mnie kręci. Projekt stracił klauzulę „Ściśle Tajne”, a ja musiałem na forum ogłosić cel ćwiczebnej misji, jednocześnie mierząc się z falą żartów i drwin. Było warto!

Wreszcie stało się: przyszedł czas zmiany symulatora lotów, na stery prawdziwego odrzutowca. A trzeba przyznać, że mała ma niezły wydech. Gdy odpala silniki, brzmi jak startujący Mig. Jest głośno! Lekarz i położna mówią, że tak powinno być, więc jest super. Sąsiedzi mogą być odmiennego zdania. Gdy pierwszy raz zajrzałem do środka oczekiwałem armagedonu. A tymczasem nie śmierdziało (jeszcze) i nie wyglądało tak źle, jak można byłoby się spodziewać. Niewielkie doświadczenie zdobyte na gumowych substytutach przydało się.  Zmienianie pieluchy szybko stało się moim nowym małym hobby. Może nie jest to najczystsza robota, ale daje mi kupę radości nam obojgu.

PS. Rozpuszczalnik i skrobaczkę nadal trzymam w szafie. Na wszelki wypadek.