Dzień, który zmienił wszystko

Lekarz wyznaczył datę porodu na 15 października. Nasze maleństwo bardzo chciało dotrzymać terminu. Chyba tak jak my, nie mogło się doczekać spotkania. 

Sobota, 14 października

Zaczęło się nad ranem. Mocne skurcze wybudziły żonę, chwilę później żona obudziła mnie. Ze szkoły rodzenia pamiętaliśmy naukę, by nie panikować i nie gnać na złamanie karku do szpitala. Tak więc, jak co sobotę, najpierw zjedliśmy wspólne długie śniadanie. Po śniadaniu wybraliśmy się na spacer z psem na Pola Mokotowskie. Psiur biegał luzem, a my – niczym staruszkowie – dreptaliśmy pod rękę, co jakiś czas przysiadając na ławce, gdy nadchodził kolejny skurcz. Potem zrobiliśmy duże zakupy w centrum handlowym. Ludzie dziwnie patrzyli, gdy niespodziewanie żona przystawała i skręcała się z bólu. Dzielna dziewczyna.

Wieczorem skurcze były bardzo mocne i częste. W naszym „wymarzonym” szpitalu nie było miejsca, więc pojechaliśmy do innego. Na izbie przyjęć odczekaliśmy swoje – w szpitalu państwowym pewnie jakieś rozporządzenie reguluje minimalny czas siedzenia przed drzwiami. Koło północy lekarka stwierdziła, że to skurcze przepowiadające. Do zobaczenia za kilka godzin.

Niedziela, 15 października

Przez całą noc żona nie zmrużyła oka. Bóle były silne i regularne, więc czym prędzej wróciliśmy na izbę przyjęć. Tym razem zaproszono nas „na pokoje”. Około południa żona rozsmarowała się na miejscu dla rodzicielki, ja zainstalowałem się na fotelu w ojcowskim narożniku. Nie spała od niemal przez dwa dni, a do tego była piekielnie głodna. Na powitanie „zjadła” więc dwie kroplówki wzmacniające, które przygotowała szefowa naszego porodu.

Skurcze były regularne, ale rozwarcie wciąż za małe. Oczekując na główną atrakcję tego dnia dużo rozmawialiśmy, przeczytałem jej kilka babskich artykułów, zrobiliśmy kilka kursów na trasie łazienka – drabinki – łazienka. Poskakała na piłce, wzięła prysznic, a potem ciepłą relaksacyjną kąpiel. Nagle akcja porodowa zaczęła ustawa. Skurcze, a i owszem, wykręcały na boki, ale z czasem stawały się coraz rzadsze: co 5, potem 7, aż w końcu co 9 minut. Położna podjęła męską decyzję: „będziemy rodzić bez znieczulenia”, podanie blokera bólu mogło zatrzymać zupełnie akcję i trzeba byłoby faszerować biedaczkę oksytocyną.

Naturalnie i bez znieczulenia – takiego scenariusza nie zakładaliśmy.  Na szczęście Hanka nie dała żonie wiele czasu na babskie rozkminy, jak bardzo nie jest to po jej myśli i co z tym fantem zrobić. Chwilę później była gotowa opuścić brzuszek. Konkretna i bardzo empatyczna położna wiedziała co robić. „No, kochana, o 17.00 kończę zmianę i chcę mieć Hankę wpisaną na swoje konto, więc rodzimy raz-dwa” – jej profesjonalizm, a jednocześnie pewien luz były wprost cudowne. Kilka wojskowych komend położnej, determinacja żony i jej żelazny uścisk miażdżący kości mojej dłoni przybliżały nas do celu.

Godzina 16.30

Po 30 minutach od rozpoczęcia szoł, Hanka wystrzeliła z łona w ręce położnej, jak piłka rzucona biegaczowi w futbolu amerykańskim. Touchdown! Przyłożenie! WOW. Mała płakała – to był najcudowniejszy dźwięk świata. A chwilę potem leżała przytulona do piersi mamy. Tym razem ja ryczałem jak bóbr. [fuck, dlaczego bóbr?]

Jako prezes spółdzielni Rodzina otrzymałem zaszczyt przecięcia wstęgi powitalnej. Hm, nikt wcześniej nie informował, że pępowina jest tak gumowa [?] i stawia niemały opór. Podołałem. I już mieliśmy świętować nowy rozdział w życiu, gdy położna donośnym głosem wezwała lekarza oraz koleżanki do pomocy. Co się dzieje?!

W sali zaroiło się od ludzi w uniformach. 3 położne i 1 lekarz stwierdzili u żony krwotok i znaczącą utratę krwi. Położna wskazała palcem przewijak z lampą, kazała  mi zająć się dzieckiem i nie odwracać. Nasz pierwszy wyjątkowy kontakt i bardzo wyjątkowe okoliczności. Stałem zwrócony twarzą do ściany próbując mniej lub bardziej sprawnie otrzeć niemowlę z mazi płodowych, jednocześnie słuchając dochodzących zza pleców dźwięków narzędzi chirurgicznych kładzionych na metalowej tacy. Na domiar złego, na wysokości mojego wzorku, tuż obok przewijaka i lamp wisiał duży dozownik do mydła o lustrzanej powierzchni. Z całych sił skupiałem się na małej, by tylko nie zobaczyć na dozowniku odbicia tego, co dzieje się za mną. Uf, udało się.

Po szybkiej akcji zabiegowej żona kolejne dwie godziny spędziła w sali porodowej dochodząc do siebie. W tym czasie nastąpiła zmiana personelu i naszym aniołem położnym stała się inna przecudowna pani. Żona i położna szybko znalazły wspólny język za sprawą wegetarianizmu – chwilę później wymieniały się przepisami i polecanymi książkami. Widok surrealistyczny acz przeuroczy.

Późnym wieczorem żona trafiła na salę poporodową. Dwuosobowy, bardzo zadbany pokój z łazienką pozytywnie nas zaskoczył. Niemal przez cały czas Hania nie opuszczała żony. Dziewczyny poznawały się, uczyły siebie nawzajem, cudownie tuliły. Personel zabierał mała tylko po to, by wykonać niezbędne badania. Po trudnym porodzie żona była wciąż bardzo słaba, więc przez 24h pielęgniarki pomagały jej we wszystkim; prowadziły pod rękę do łazienki, pomagały przystawić małą do piersi. Świetne babki! Drugiego dnia musiała radzić sobie sama z wyżywieniem małej i jej higieną. I to było doskonałe podejście: otoczenie szpitalnym kokonem troski spowodowałoby niepotrzebny stres i dramat w domu. Lepiej żeby młoda mama uczyła się samodzielności w miejscu, w którym za ścianą są jednak profesjonalistki, gotowe pomóc w awaryjnej sytuacji.

Dwa dni po porodzie Hania opuściła szpital i przywitała swój nowy dom.

Z dzieckiem się nie da?

Kiedy pytam znajomych „co się nie da?”, w odpowiedzi pada „wszystko!”. Masz małego berbecia, zapomnij o praniu, sprzątaniu, gotowaniu. Weź głęboki wdech i utoń w domowym chaosie. Albo wykrzesz z siebie odrobinę dobrych chęci.

Dwa razy w tygodniu szalejemy w kuchni. Żona i ja przez 2.5 godziny gotujemy potrawy na kilka dni: ja według starannie rozpisanego planu dietetycznego, żona według uznania [byle było smacznie i bez mięsa]. Małą kładziemy w przenośnym łóżeczko-bujaczku tak, aby wszystko i wszystkich dobrze widziała. Obok układa się kontroler jakości mięsa [pies rasy żarłok]. A potem zaczynamy szoł!

W mieszkaniu rozbrzmiewa cicha muzyka, w garach oraz na patelniach syczą i bulgoczą tajemnicze mikstury. Hanka radośnie przebiera rączkami i nóżkami. Żona tanecznym korkiem rusza do bujaczka. Robi dwa piruety i jedną głupią minę przed małym jury, co zostaje nagrodzone radosnym piskiem. Tak wysoka ocena gwarantuje udział w finale domowego Tańca z Gwiazdami.

Kuchnia szybko wypełnia się aromatycznymi zapachami. Mała uśmiecha się, wodzi za nami wzrokiem. Oto ząbek czosnku, zanim stanie się częścią dressingu, trafia pod malutki nosek. Uśmiech ani na chwilę nie znika z twarzy małej księżniczki. A teraz małe koktajlowe pomidorki: 14 sztuk trafia pod nóż, a jedna w rączki Hanki. Nowa nieznana faktura przez chwilę skupia sto procent jej uwagi. Ale i tak nic bardziej nie cieszy, niż widok durszlaka. Błyszczące, dziwaczne narzędzie, za którym znika i niespodziewanie pojawia twarz taty z okrzykiem „a kuku! ” wywołuje salwy śmiechu i pisków.

Potrawy dochodzą, mała promienieje, najedzony pies leży do góry brzuchem. Wszyscy są szczęśliwi. Niektóre rzeczy [ku naszemu zaskoczeniu] okazują się całkiem proste, jeżeli wykażemy się odrobiną dobrej woli, energii i pomysłowości. Jeżeli wciągniemy dzieciaki w to, co robią dorośli, obowiązkom nadamy formę zabawy.


Gdy pisałem ten tekst, przyszła wiadomość od kumpla, który urządza własne gniazdko: 

[sms <-] Stary, wieczorem przyjedzie nowe łóżko. Pomógłbyś mi je wnieść?
[sms ->] Jasne. Będzie Twoja narzeczona?
[sms <-] Tak.
[sms ->] No to załatwię jej towarzystwo. Przyjadę z Hanką.

Mała będzie miała wieczorny spacer. Żona godzinę spokoju. Narzeczona kumpla poćwiczy śmieszne miny do Hanki, a my dźwigniemy łoże małżeńskie na 8. piętro. Wszyscy będę szczęśliwi! [poza kręgosłupami].

Ile kosztowały nas ciąża i poród?

Zgodnie z warszawskim trendem należy obsypać deszczem złotych monet lekarza prowadzącego ciążę, szpital, położną. Opłacić ludzi i wykupić dodatkowe usługi, aby poród był czystą przyjemnością. 

Wpis jest uzupełnieniem tekstu: Ile kosztuje ciąża i poród w Warszawie?

Lekarz

Naszą ciążę prowadził lekarz pełniący „posługę” w ustawowych godzinach pracy. Młody, sympatyczny gość z nowoczesnym podejściem do tematu. Nie zaklinał deszczu, nie odprawiał modlitw, nie faszerował żony górą witamin. Zalecił przewidziane w karcie ciąży badania, dużo odpoczynku i jeszcze więcej uśmiechu.

Dla żony było to cudowne 9 miesięcy. Uśmiechnięta od ucha do ucha spacerowała całymi dniami z psem po parkach, bujała się na hamakach czytając książki lub plażowała nad Wisłą w towarzystwie dietetycznych przekąsek. Żaden szarlatan w kitlu nie próbował zakłócić jej szczęścia. A to przepięknie rosło proporcjonalnie do brzucha. Rachunek za ciążę: 0 złotych.

Szpital

Cud narodzin dokonał się w publicznym szpitalu. Choć wyglądał jak prywatna klinika ze wszelkimi udogodnieniami. Ładna, przestronna sala porodowa z prysznicem i wanną. Piłki, drabinki i inszy sprzęt do relaksu. Znalazło się też miejsce z fotelem i stolikiem kawowym dla zestresowanego tatuśka. Sale na oddziale poporodowym były zadbane i przyjemne; 2-osobowe z toaletami. Warunki na piątkę z wielkim plusem.

Oczekując na pełne rozwarcie dreptaliśmy po sali, opowiadałem dowcipy, czytałem jakieś babskie pisemka. Żona poskakała na gumowej piłce, a potem zainstalowałem ją w wannie serwując relaksującą kąpiel. Po 4. godzinach od wejścia na oddział Hanka była już z nami. I nie opuściła przez cały pobyt w szpitalu. Gdy późnym wieczorem wychodziłem, mała spała wtulona w żonę. Gdy przychodziłem rano, dziewczyny poznawały się i bawiły. Niczego im nie brakowało. Rachunek za szpital: 0 złotych

Opieka

Konkretna. Miła, troskliwa i konkretna. Na porodówce pełne zrozumienie dla sytuacji rodzącej, duża empatia, odrobina humoru, ale i konkretne działania. Kiedy rodzimy to rodzimy – widać maleństwo, więc nie ma przebacz. Na oddziale poporodowym podobnie – zdrowy balans między opieką nad mamą, a nauką samodzielności.

Nasz poród nie należał do najłatwiejszych [o tym w innym wpisie], ale dzięki położnym stał się doświadczeniem, które oboje wspaniale wspominamy. Pani Asia potrafiła zrelaksować żonę i rozbawić, a gdy zaczęło się – była konkretna i naprawdę profesjonalna. W każdej sytuacji cudownie energiczna i tak bliska, jak ulubiona ciocia. W ojcowskim szaleństwie, poleciałem nawet do przełożonej zapytać, czy można po ciężkim porodzie dokupić extra kameralną salę. Konkretna szefowa położnych spojrzała na mnie z politowaniem: „niech pan trzyma pieniądze na pieluchy, a nie na głupoty wydaje! Tu będzie miała najlepszą opiekę, a nie w płatnym skrzydle szpitala”. Rachunek za opiekę: 0 złotych.

Ile kosztuje ciąża i poród w Warszawie?


Początek jest niepozorny – kupujesz dwa testy ciążowe za 20 złociszy. Jeżeli wskażą, że będziesz mamą, Twoje wydatki szybko wzrosną. Czym prędzej udaj się do placówki banku po szybką pożyczkę. Będziesz potrzebować góry pieniędzy!

Dziwne, że żaden z banków nie wpadł na pomysł, aby stworzyć ofertę i reklamę skierowaną do par spodziewających się dziecka. Doskonale wpisałaby się w wielkomiejską modę na szastanie hajsem na prawo i lewo. Wszystko dla dobra matki i dziecka. Naprawdę?

Rachunek nr 1: lekarz prowadzący ciążę. Nie publiczny i nie byle jaki. Tylko prywatny, polecony, najlepiej z efektownym tytułem przed nazwiskiem. Rekomendowany ordynator lub profesor. Nawet jeżeli przyjmuje w publicznym szpitalu, trzeba koniecznie zapisać się po godzinach. Tylko taka persona poprowadzi ciąże tak, że dziecko z radości samo wyskoczy z łona, a na oddziale- na dźwięk nazwiska lekarza prowadzącego – pielęgniarki wyhaftują na poduszce młodej mamy jej inicjały.

Warto pamiętać o badaniach; sprawdzać coś przynajmniej raz w tygodniu, przez min. 30 tygodni. W myśl zasady „im więcej, tym lepiej”. Prywatny pan doktor na pewno sporo zleci, a rezolutna ciężarna dorzuci od siebie pakiet dodatkowy, inspirowany internetem i doświadczeniami koleżanek.

Rachunek nr 2: szpital. Jakość szpitala określa się na podstawie czytelności cennika i ilości pozycji jakie obejmuje. W prywatnych placówkach sprawa jest prosta, bo płaci się od początku do końca za wszystko. W publicznych jest trudniej. Wiadomo, że po wejściu trzeba zapłacić za szatnię [2PLN]. A co dalej? Człowiek w bólach oczekuje, że szpital zatroszczy się godziwie, czyli za pieniądze. Wykupienie znieczulenia, miłej położnej oraz kameralnego [1- lub 2-osobowego] pokoju to niezbędne minimum. Szpital publiczny oferujący te usługi w standardzie, za darmo, powinien wzbudzić podejrzliwość.

Rachunek nr 3: położna. Opłacona położna to gwarancja, że poród będzie łatwy, dziecko dostanie 10 w skali Apgar, a zza chmur wyjdzie słońce. Taka położna będzie warować przy ciężarnej jak Owczarek Niemiecki, weźmie na siebie ciężar parcia, a w razie potrzeby wychowa dziecko jak swoje.

Jak coś ma się udać, to musi być dobrej jakości. A jak coś jest dobrej jakości, to musi kosztować. Słono kosztować. Więc jak nie zapłacisz, to nie urodzisz. 

Wkrótce drugi tekst: Ile NAS kosztowała ciąża i poród.

Zaprogramuj przyszłość dziecka już dziś

Oto Hanka, przyszła Noblistka w dziedzinie chemii, zdobywczyni Korony Ziemi i nagrody Grammy w kategorii odkrycie roku, gwiazda MasterChefa i v-ce Miss Świata 2040. Za jej wszystkimi sukcesami stoją kochający rodzice!

Plan, jak to osiągnąć jest zaskakująco prosty: dwa warianty, jeden cel.

Wariant A

  1. Zaciągamy kredyt we frankach szwajcarskich
  2. Hanka kończy roczek i wyjeżdża do żłobka z internatem w Szwajcarii
  3. Negocjujemy z bankiem odroczenie terminu spłaty kredytu
  4. Dorosła, wykształcona, bogata Hanka wraca do Polski i spłaca kredyt rodziców


Wariant B

  1. Hanka kończy roczek i nie wyjeżdża do żłobka w Szwajcarii
  2. Opracowujemy harmonogram tygodnia
  3. Poniedziałek: balet [bo jest piękny]
  4. Wtorek: angielski [bo to standard]
  5. Środa: łyżwiarstwo figurowe [bo mamusia jeździła]
  6. Czwartek: fortepian [bo tatuś grał]
  7. Piątek: mandaryński [bo angielski to za mało]
  8. Sobota: własne zainteresowania, do wyboru: malarstwo / programowanie / taniec współczesny
  9. Niedziela: Msza Święta, rosół na kurze, czas wolny

Cel: szczęście dziecka i duma rodziców!

[Kurtyna]



Podsumowanie:

Jeżeli doczytałaś/-eś ten tekst do końca:
… i nie wzbudził żadnych emocji – nie jest z Tobą dobrze
… i popierasz dowolny wariant – zgłoś się do lekarza
… i chcesz to zrealizować – pacnij się w głowę! Porządnie. Jeszcze raz. Wal aż zmądrzejesz. Mocniej. Zrób krzywdę sobie, nie dziecku.

Chcesz dziecko? Kup psa!

Dzięki psu nie dowiesz się nic o obsłudze dziecka, ale doskonale poznasz siebie. To bezcenna wiedza, która przyda się w opiece nad dzieckiem. Wszak tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono.

Na początek wydumana analogia. Każda wykwintna kolacja w ultra drogiej restauracji zaczyna się od przystawki. Nim wjedzie danie główne musisz przygotować na nie swoje kubki smakowe. Przy okazji zyskujesz extra czas, by ogarnąć do czego służą konkretne sztućce i poobserwować, jak inni radzą sobie z wyzwaniami kuchni spod znaku gwiazdek Michelina. Pies to taka przystawka przed dzieckiem. Pies nie jest dzieckiem, tak jak przystawka nie jest daniem głównym, ale to super wstępniak!

Półtora roku temu w naszym domu pojawił się Watson, cudowny szczeniak rasy Boston Terrier i już nic nigdy nie było takie samo. Musieliśmy poznać jego potrzeby, nauczyć się na nie reagować, zrozumieć, co jest psie a co ludzkie. Po prostu przewartościować swoje życie. Najprostsze rzeczy stały się wyzwaniem. Ot, spacery na smyczy – idziemy tam gdzie chcemy, czy gdzie ciągnie futrzasta natura Watsona? Po pewnym czasie osiągnęliśmy kompromis i dziś wiemy, że spacer jest dla psa! Nie dla człowieka. To czas, który Watson ma spędzić szczęśliwie. My mamy mu w tym pomóc, oczywiście z zachowaniem pewnych zasad. Watson nauczył nas wiele: poznaliśmy nasze słabości, otworzyliśmy się na nowe, poczuliśmy co to odpowiedzialność oraz konsekwencja w działaniu, ale także przekonaliśmy się, że odsypianie w sobotę zarwanych nocy jest przereklamowane :D. Watson pokazał nam jak kochać kogoś bezwarunkowo. I co można w zamian za tę miłość otrzymać. Bilans zysków i strat wyszedł na wielki plus.

Więc nim popełnisz całą masę błędów w obsłudze malucha, dokopiesz się do dna internetu w poszukiwaniu ratunku, a niemoc i frustracja osiągną szczyt, spróbuj zahartować swoją psychikę przy użyciu czworonożnego przyjaciela.  Dowiesz się, jak bardzo potrafisz otworzyć serce dla innych i zamknąć się w świecie własnej rodziny. A gwarantuję, że będzie to najcudowniejszy świat.

Hania – sensacja z Super Expressu

Prawdziwa sensacja, tylko u nas! W polskiej rodzinie urodziło się dziecko! Czy to wywróciło ich życie? Czy zmieniło o 180 stopni? Czy to była rewolucja? Odpowiedź na 12 stronie.

Ślinisz palec, kartkujesz w poszukiwaniu odpowiedzi i widzisz wielki nagłówek: NIE!  Od kiedy pojawiła się Hania, czujemy się jak przypadkowi celebryci z okładki Super Expressu lub Faktu, zasypywani przez znajomych i nieznajomych tym samym pytaniem z tezą: jak dziecko rozwala życie. Dziwne, bo nasze nie stanęło na głowie. Wiele rzeczy uległo zmianie, ale w przewidywalnym lub akceptowalnym zakresie.  Dlaczego? To proste…

Hania to projekt, który powstawał w wyjątkowo komfortowych warunkach. Od czasu startu prac („masz chwilę na coś miłego?”), przez fazę wdrażania („OMG! Jestem w ciąży”), po ostatnie szlify („Bierz walizkę, jedziemy na porodówkę!”) minęło 9 miesięcy. Dziewięć miesięcy, które poświęciliśmy na przygotowanie.

Odcięliśmy się od forów, fejsbuków i mamuśkowych blogów, gdzie na każdą dobrą radę przypada cała masa problemów – karmienie piersią na pewno będzie koszmarem. Naucz się odciągać pokarm. Ale koniecznie kup laktator. Musi być elektryczny. Albo nie, lepszy ręczny. Ale jednak elektryczny. To może oba? Już w połowie ciąży włącza się jakiś obłęd. Niepotrzebnie.

Skupiliśmy się na wąskiej, ale starannie wyselekcjonowanej, bazie wiedzy. Sprawdziliśmy, co słychać w internecie i księgarniach, wybraliśmy to, co wydało się nam merytoryczne i przystępne, a następnie przeczytaliśmy to. Ze zrozumieniem. Kilka książek z kolorowymi obrazkami oraz garść rzetelnych serwisów internetowych okazało się prostym sposobem na złagodzenie szoku. Wiedzieliśmy, że nie nauczą nas „obsługi” malucha, ale liczyliśmy że pozwolą poznać pewne schematy oraz wyzwania jakie wkrótce miały na nas czekać. Oczywiście każdy dzień z Hanią weryfikuje nasze wyobrażenia, ale to, czego dowiedzieliśmy się wcześniej oszczędziło nam traumy i dało dodatkowy margines spokoju w sytuacjach zaskoczenia.

Jak na razie to podejście super się sprawdza! Nam daje spokój ducha i opanowanie, a naszym znajomym odbiera argumenty do szukania niepotrzebnych sensacji.