Najważniejsze słowo dziecka?

Gdy już nasza Hanula opanuje monosylabowe „ma-ma” i „ta-ta”, nauczymy ją trzeciego najważniejszego słowa (zwrotu) w życiu. Dzień dobry.

Mieszkam w bloku, w którym ludzie nie kłaniają się sobie. Sędziwi sąsiedzi mijani od lat, jak i młodzi trzydziestoletni, którzy wynajmują krótkoterminowo. Emerytowani profesorowie i wszelakiej maści doktorstwo, pracownicy mediów, przedsiębiorcy i studenci, solo lub z rodzinami – tak różni, a jednocześnie podobni sobie – małomówni. Gdy zostawię uchylone drzwi, z przyjemnością zapuszczą żurawia, żeby zobaczyć jak żyją inni. Ale nigdy, przenigdy, nie zaintonują „dzień dobry, sąsiedzie”. Z odpowiadaniem na tę słowną zaczepkę wcale nie jest lepiej.

Dzień dobry” jest niepozorne, ale ma wielką moc.

Dzień dobry” jest krótkie i przyjemne w brzmieniu.

Dzień dobry” jest pozytywne.

Dzień dobry” to zauważenie, zwrócenie na kogoś uwagi.

Dzień dobry” to okazanie szacunku.

Dzień dobry” to najlepsze życzenia.

Dzień dobry” to słońce, uśmiech, radość, szczęście.

Dzień dobry” to serdeczność, miłość i pokój.

Dzień dobry” to bliskość z bliskimi.

Dzień dobry” to sympatia wobec nieznajomych.

Dzień dobry” to dowód kultury osobistej.

Dzień dobry” to wybuch radości.

Dzień dobry” to poważna deklaracja.

Dzień dobry” to oświadczenie jak najlepszej woli.

Dzień dobry” to pierwszy krok do miłości.

Dzień dobry” to sposób na poznanie nastroju szefa.

Dzień dobry” to hasło otwierające drzwi.

Dzień dobry” to przekazywanie energii.

Dzień dobry” to coś, co nie boli.

Chciałbym, aby „dzień dobry” było elementem każdego dnia mojej córy. By znała jego wartość i dzieliła się nim z innymi. By bez ograniczeń szastała „dzień dobry” na prawo i lewo. By była w tym rozrzutna, jak Mamusia w Zarze po pensji ;). Dzień dobry.

Ojcowskie wyzwania

Zmiana pieluchy, pielęgnacja, masaż, kąpiel czy śpiewanie kołysanek to mały pikuś. Prawdziwa lekcja ojcowskiego życia dopiero przede mną.

Wiem, że będę mistrzem warkocza dobieranego.

Dziś mam problem, żeby na prośbę żony paluchem przydusić na pilocie właściwy przycisk, ten z ulubionym serialem. Już niebawem będę musiał wykazać się zdolnościami manualnymi na poziomie koronczarek z Koniakowa. Będę doktorem Lubiczem z Klanu, który z chirurgiczną precyzją zaplata warkocze dobierane, wianki z polnych kwiatów i doskonale się przy tym bawi.

Wiem, że wymyślę serial o Kopciuszku.

Jeżeli moja córa będzie choć odrobinę podobna do mnie, usypianie kilkulatki będzie prawdziwym wyzwaniem. Nie zadowoli jej ciągłe opowiadanie dobrze znanej bajki. W ramach struktury Kopciuszka będę musiał wprowadzać nowych bohaterów, rozwijać wątki poboczne, żonglować dramaturgią i kreować coraz to nowe zakończenia. „A gdy wybiła północ, Kopciuszek wybiegł z sali balowej, gubiąc na schodach szklane oko„.

Wiem, że będę chłostał.

Siebie i tylko siebie. Za wszystkie niecenzuralne słowa wypowiedziane podczas prowadzenia auta. Małe uszko z pewnością wychwyci radosną ekspresję tatusia. Za każdą „tępą dzidę” [i mocniejsze określenia] będę klęczał na grochu i chłostał się witkami wierzbowymi po pośladkach. I to do czasu aż moja polszczyzna osiągnie odpowiedni poziom.

Wiem, że będę radośnie popiskiwał.

Nawijał falsetem, niczym małoletni ministrant podczas niedzielnego czytania listu do Koryntian. Najpierw w moje ręce trafi plastikowa lala, a potem komenda: „Bawmy się, tato”. Mała poinstruuje mnie, kim jestem, co robię i jak mam mówić, a potem – zgodnie z założonym przez córkę scenariuszem – będę piszczał wymachując plastikowym Kenem całymi miesiącami.

W nieskończoność mogę mnożyć nowe umiejętności, zawstydzające sytuacje i obowiązki względem dorastającej córy. Cokolwiek się wydarzy, wiem, że będzie wesoło, dziwnie, czasem krępująco. I mogę się tego doczekać!

Najpiękniejszy widok świata

Matka Natura ma łeb na karku! Nie wiem, jak to robi, ale w ekstremalnie gównianych sytuacjach potrafi sprawić, że ze wzruszenia łezka zakręci się w oku.

Godzina 4.00, za oknem mrok. Mała zaczyna płakać. Oho, pielucha do wymiany. Ruchem pełzającym opuszczam legowisko. Nieskoordynowane kończyny poszukują po omacku kapci. Z niemałym wysiłkiem podnoszę się i niczym średniowieczny pokutnik, powłóczę nogami w kierunku łóżeczka małej. Ledwo widzę, ale doskonale słyszę narastający płacz – znak, że jestem blisko.

Rozchylam powieki, ale tylko na tyle, by dostrzec majaczący w mroku kontur dziecka. Po chwili towarzyszy mi w ślimaczej podróży w kierunku przewijaka. Słychać tylko szuranie papuci i dziurawiący bębenki w uszach płacz Hanki.

Mija wieczność, gdy docieramy do przewijaka. Zamknięte oczka, wierzgające nóżki, grymas na pulchnej buźce i donośny płacz. Strzelają zatrzaski w bodziaku. Powietrze wypełnia się zapachem świeżo wyprodukowanej kupy. Od razu się budzę. Mała wciąż płacze z zamkniętymi oczkami. Z precyzją sapera otwieram pieluchę. W środku Armagedon. Wszystko pływa aż po szyję. Zapach paraliżuje nerwy twarzy, dławi krtań, wypycha gałki oczne z orbit.

Hanka nagle otwiera oczka. Nieruchomieje i przestaje płakać. Jej kąciki maleńkich usteczek natychmiastowo rozchylają się, witając tatę szerokim uśmiechem. Cudownie ciepłym, czystym, od ucha do ucha. Uśmiechem, który rozpromienia mrok nocy. A ja z pieluchą pełną płynącej kupy w dłoniach nie mogę od niej oderwać wzorku. Kolana miękną, w oku kręci się łza szczęścia.

Kiedyś zupełnie się zatracę, upuszczę pieluchę i gówno zaleje świat. Ale i tak będzie pięknie.

Nasza czarno-biała codzienność

Kiedyś nasze życie było tęczowe. Otaczały nas kolory, których nierzadko nie potrafiłem nazwać. Od kilku lat powoli i systematycznie traci ono swoje barwy. Wszystko przez serię przypadków.

„Kolory są dla ludzi bez wyobraźni”

Sześć lat temu postanowiliśmy gruntownie wyremontować najmniej ustawne mieszkanie świata. Było przytłaczająco ciemne, ciasne, pełne kątów ostrych i rozwartych. Na pomoc wezwaliśmy doświadczonego architekta. Pół roku i wiele banknotów później nasze gniazdko było gotowe. Niemal zbudowane od nowa. Od podłogi aż po sufit czerń i biel.

Trzy lata temu postanowiłem zmienić pracę. Bez napinki – jak trafi się coś fajnego, wyślę CV. Chwilę później siedziałem na rozmowie w sali konferencyjnej firmy, która była/jest marzeniem milionów [moim także była]. Gdy nikt nie patrzył pstryknąłem i wysłałem żonie foto wielkiej czarnej ściany z białym logo nakreślonym eleganckim fontem.

Dwa lata temu postanowiliśmy, że dołączy do nas pies. Długo szukaliśmy rasy, która łączyłaby coś niewielkiego i słodkiego [kryteria żony] z czymś, co wygląda i zachowuje się jak pies [moje kryteria]. W pewnej knajpie spotkaliśmy dziewczynę ze szczeniakiem. Płaski słodki pychol, wielkie sterczące uszka, niesamowita radość w oczach i … dziwnie długie łapy, jak na buldożka. Zakochaliśmy się w kilka chwil. Niebawem dołączył do nas Boston Terrier. Ma klasę angielskiego lorda, energię nowozelandzkiej drużyny rugby, wdzięk oddziału kawalerii w natarciu, no i chrapie głośniej niż Twój stary. Oczywiście jest czarno-biały.

W tym samym czasie postanowiliśmy zmienić auto. Gdy po długim przeczesywaniu rynku ustaliliśmy model i markę, przyszła kolej na kolor. Każde z nas wybrało z katalogu po dwa typy: żona – szare i błękitne, ja – czerwone i czarne. Następnie pojechaliśmy na parking dilerski, by obejrzeć je na żywo. Wszystkie typy okazały się nijakie. Za to furorę zrobiła biała wersja. Biel z czarnymi 19-calowymi felgami, czarnymi szybami bocznymi, dodatkami i czarną skórą. To było to, mafijne auto w czerni i bieli.

Rok temu, tuż po przebudzeniu, żona poinformowała mnie, że będziemy mieli dziecko. Gdy opanowałem wzruszenie, wstałem z czarnego [a jakże!] łoża małżeńskiego, posprzątałem zasmarkane chusteczki z podłogi w kolorze bielonego dębu i zaśmiałem się: „Mimo że pracujesz w bardzo międzynarodowej firmie, liczę że tym razem nasze szczęście będzie miało jeden kolor”. 

Czy facet powinien być przy porodzie?

Odpowiedź: TAK.
Koniec wpisu.


Uzupełnienie.

Rola faceta podczas porodu:

  • Być i milczeć. Sama obecność faceta daje wiele partnerce. A milczenie jeszcze więcej. Facet nieproszony, nie zabiera głosu. Nie ma nic gorszego, niż natręt, który co chwila pyta, czy coś podać, czy boli, czy poprawić poduszkę, jak się czuje, o czym myśli, co na obiad. Albo po prostu gada. Za gadulstwo na porodówce idzie się do piekła!
  • Słuchać i wykonywać. Wszystko, o co partnerka poprosi. Każe opowiedzieć żart, facet opowiada żart życia z zajebistą puentą. Każe otworzyć okno, facet otwiera. A jak się nie da, to wybija szybę głową. Każe przynieść wodę, facet przynosi. Tylko bez głupich numerów w stylu: „Kochanie, wolisz Żywiec Zdrój czy Kroplę Beskidu? Pół litra czy więcej?
  • Szybko biegać. Jeżeli partnerka zażąda, aby zjawił się tu lekarz lub położna, obowiązkiem faceta jest dostarczyć przesyłkę w 30 sekund. Wyciągnąć za włosy położną z toalety lub porwać lekarza z innego oddziału. W sprincie liczą się szybkie efekty.
  • Nie pieprzyć i nie słodzić. Widząc spoconą ukochaną z przetłuszczonymi włosami, nie pieprzyć banialuk, że pięknie wygląda. Słodzenie o wspaniałości, sile i męskim podziwie dla jej też jest nie na miejscu. W obu przypadkach może się to skończyć soczystym bluzgiem wymierzonym między oczy faceta.
  • Nie interesować się! Czym? Wszystkim! Nie rozglądać się, nie gapić, nie próbować dociekać „dlaczego tak masz” i „do czego służy to urządzenie?„. Od momentu wejścia na oddział pełne skupienie tylko na partnerce i wzrok wbity w podłogę. Niechcący można zobaczyć coś, czego nie da się odwidzieć. Albo, co gorsza, ona zobaczy, że partner coś zobaczył i wtedy masakra na całego.
  • Służyć ramieniem. Facet ma być jak biała laska dla Stevie Wondera czy wózek elektryczny dla Stephena Hawkinga. Niczym więcej jak organicznym narzędziem, które ma pomóc czasowo niedomagającej kobiecie dostać się do łazienki lub wydostać z wanny.
  • Trzymać (nie tylko) łapy przy sobie. W oczekiwaniu na pełne rozwarcie facet nieproszony nie mizia po ręce, nie daje całusów, nie zaplata warkoczy. Może wczoraj to uwielbiała, ale dziś rozdrażniona głowę urwie za mazanie ją paluchem.

Przed porodem warto z porozmawiać. Ustalić pewne proste zasady, by nie było niedomówień i niepotrzebnych nerwów w szpitalu. Wszystkiego nie da się przewidzieć i zaplanować, ale jeżeli poznasz choćby kierunek, unikniesz uchylania się  przed rzuconą w Twoją stronę metalową kaczką. Powodzenia!

5 miejsc, które kochają kobiety

6 sposobów na grypę, 12 trendów na wiosnę, 15 rzeczy, których nie wiesz o swoim facecie, 4 powody, by powiedzieć TAK, 5 powodów, by powiedzieć NIE. Kobiece pisemka i babski internet kochają wyliczanki! A to moja odpowiedź na poradnikowo-ciekawostkowe dyrdymały.

5 miejsc na ciele mężczyzny, które kochają kobiety.

Poradnik dla mężczyzn.

Dłonie. Najważniejsze, żeby były dwie i żadna z nich nie była lewa. Tylko dwie prawe dłonie pociągają kobiety. Takie ręce doskonale operują przy kolanku, gdy zapcha się rura pod zlewem, do perfekcji opanowały francuza [to taki duży klucz], bez instrukcji składają szafki z Ikei. A po skończonej robocie, zrobią masaż zmęczonych kobiecym plecom. Ideał: Adam Słodowy

Oczy. Tu, w odróżnieniu od dłoni, nie jest wymagany komplet. Wystarczy jedno. Jeżeli jednak partner posiada pełne wyposażenie, ważne by odpowiednio go używał. Dobrze, gdy mężczyzna nieustanie mruży oczy, dzięki czemu nie zauważa przechodzących obok innych kobiet oraz przychodzących do domu kurierów z kieckami ze sklepów internetowych. Ideał: Stevie Wonder.

Potylica. W zasadzie piszczele i potylica. To połączenie może wydawać się dziwne, a tymczasem to jedno z najczęściej artykułowanych przez kobiety miejsc na ciele mężczyzny. Nie ma dnia, by nie padło z jej ust magiczne: jak cię zaraz pi*** … szczele w ten pusty łeb!. Mężczyzna powinien mieć głowę na karku i mocną potylicę, aby znosić z radością razy ukochanej. Ideał: Mariusz Pudzianowski.

Pośladek. Nie dwa, a jeden. Ale za to ten szczególny! To do niego mocno przylega włożony do tylnej kieszeni portfel mężczyzny. Może i lekko odkształcony przez ciągłe uciskanie, może trochę mniej jędrny, ale za to tak bliski karcie kredytowej i kobiecemu sercu. Ideał: pan Wittchen.

Penis. Yyyy… tu nie mam pomysłu, brak argumentacji. Obiecałem „5 miejsc”, więc muszę czymś uzupełnić listę. I stąd ta… zapchajdziura :) Ideał: „nie musi być duży, ważne by był gruby i długi„.

 

Zaufanie córki to rzecz święta!

Kiedyś moja córa przyprowadzi do domu kolegę, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś przedstawi oficjalnie swojego chłopaka, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś zaprosi go na rodzinny obiad, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś przyjedzie po nią na motocyklu, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś zmieni tego na innego, a potem kolejnego. A ja nadal będę miły.

Nawet jeżeli będzie niewydarzony, rozkojarzony, zesrany w gacie, ja wciąż będę dla niego miły. Dlaczego? Bo zdobycie i utrzymanie zaufania córki to rzecz święta! Kochający ojciec musi dołożyć wszelkich starań, aby dziecko czuło, że tatuś jest wyrozumiały i akceptuje młodzieńcze wybory swojej córki. Zamiast obściskiwać się w szkolnej szatni, ściemniać starym, że idzie do koleżanki uczyć się do klasówki z religii lub chować z telefonem w łazience, niech zaprosi chłopaka do domu. Matka rosół zrobi i mielone na drugie.

Kiedyś moja mała córeczka wyrośnie z pieluch i zacznie poznawać świat. Świat pełen małych, cwanych odszczepieńców, którym tylko jedno w głowie. A ja będę dla nich miły.

A przynajmniej postaram się ;).

Antologia domowych kłótni

W każdym szanującym się domu musi od czasu do czasu dojść do jakiejś spektakularnej awanturki. Nie ma znaczenia kto zaczął i o co poszło. Ważne jest tylko, jak to się skończy.

Tu wieża kontroli lotów, zbliża się zidentyfikowany obiekt latający. To talerz wystrzelony przez Gwiazdę Śmierci, znaną jako Żonę. Uwaga, talerz znajduje się na kursie kolizyjnym!

Wiele lat temu. W trakcie awantury wychodziłem, trzaskałem drzwiami i tyle mnie widzieli. Szedłem do pierwszego lepszego baru i tam odpoczywałem. Zamawiałem zupę frytkową, czyli kawałki ziemniaków skąpane w morzu śmierdzącego oleju, rozcieńczone piwo z kija, odpalałem pierwszego papierosa. Siedziałem tam do momentu, aż mi przeszło lub skończyły się fajki. Moja mała żulerska samotnia, mój czyściec. Złość mijała, wracałem do domu, pojednawcze bzykanko i życie znów było piękne.

Kilka lat temu. W trakcie awantury wychodziłem, trzaskałem drzwiami i tyle mnie widzieli. Z torbą na ramieniu jechałem na siłownię. Zamiast smrodu frytury, odór potu. Zamiast wypychającego brzuch piwska, nieliczone serie brzuszków. Podczas interwałów z lekkim rozrzewnieniem wspominałem, jak wcześniej zamiast nabijać kilometry na bieżni, liczyłem kolejne wypite browarki relaksacyjne. Po treningu, saunie i masażu, wracałem do domu. Złość mijała, ale i energia do pojednawczego bzykanka. Mimo to życie znów było piękne.

Kilka dni temu. Chciałbym napisać, że w trakcie awantury wyszedłem, trzasnąłem drzwiami i tyle mnie widzieli. A po powrocie było pojednawcze bzykanko i super. Ale nie mogę. Po pierwsze primo: od  początku ciąży nie było żadnych sprzeczek (dziękuję wam, kobiece hormony!). A po drugie primo: gdyby nawet wystąpiła jakaś niezgodność małżeńska wyrażona nagłą burzą emocji, to gdzie miałbym pójść? Co najwyżej rozzłoszczony, zamknąłbym się w dziecięcym pokoju i zmienił małej pieluchę. Lub bajki czytał, ale tylko te o złej Babie Jadze. Nawet trzasnąć drzwiami nie byłoby jak, bo w pokoiku zamontowaliśmy udziwnione drzwi z cichymi zawiasami. Czuję, że to stanowczo wydłuża drogę do pojednawczego seksu…. ;)

Klub erotyczny dla mężatek?

Panowie, bądźmy postępowi! Pozwólmy naszym wspaniałym żonom realizować swoje fantazje. Jak to widzę tak: pierwszy w Polsce Szowinistyczny Klub Erotyczny. Tylko dla mężatek. 

Sala główna. Duża, przestronna modnie urządzona. Klimat intymności zapewniają wygodne sofy skryte w półkroku. Na nich panie, zrelaksowane, wypoczęte, z kolorowymi drinkami w dłoniach. „Może następną kolejkę? Świeżo wyciskany sok grejpfrutowy i marcheweczki na zagryzkę” – proponuje bosko zbudowany kelner.

W centralnym punkcie sali znajduje się scena, na niej pręży się półnagi blondyn z lśnią od oliwki klatą. Pierwszoligowe ciacho pląsa wokół wózka dziecięcego i przewijaka. Co jakiś czas, któraś z rozbawionych dam, rzuca na scenę banknot krzycząc „a teraz zmień mu pieluchę!”. Rozochocona damska widownia wtóruje: zmieniaj, zmieniaj!”

Pokój zakupowy. Wizyta w nim jest jak prywatny taniec, za dodatkową opłatą. To niezwykle kameralne miejsce pełne najnowszych torebek, butów i sukienek znanych projektantów. Każda pani wybiera to, w na co ma ochotę. Żadne katalogi mody i sklepowe manekiny nie narzucają jej trendów. W pokoju panie czują się wyjątkowo swobodnie.

Razem z garderobą należy wybiera  partnera zakupowego. Gdy już wszystko zostanie skompletowane, pani znika ze swym cudnym Adonisem za kotarą  przymierzalni. Teraz zaczyna się prawdziwa magia: kobieta przebiera się w wybrane ciuchy, ogląda w lustrze, a młody bóg o silnych barkach i mocno zarysowanej szczęce pieje z zachwytu nad jej figurą, urodą, wdziękiem. Pieści słowami każdą nadprogramową fałdkę tłuszczu, uwodzi westchnieniami zachwytu.

Pokój piękna. Przywodzi na myśl starożytne czasy. W tym pokoju, każda kobieta poczuje się jak Kleopatra. Zachwycające zdobienia na ścianach, wonne świece, wazony ze świeżymi kwiatami i rzymskie leżanki. Idealne miejsce dla królowej matki.

Pojawią się słudzy o ciałach wyrzeźbionych przez samego Fidiasza. Męscy i niemęscy zarazem. Słodziaki zrobią maseczkę, manicure, pedicure, piling i zafundują parę innych urodowych rozkoszy. A do tego będą nadawać jak stare przekupy, jaka to Kleopatra piękna, jakie końcówki nierozdwojone. Miód na uszy, orgazm dla duszy.

Bitwa na prezenty

Co można kupić kobiecie, która ma wszystko? Trzy szafy ubrań podkreślających klasę, wiadra kremów konserwujących młodość i fajnego faceta. Wkrótce okrągłe 32. urodziny żony. Chcę ją (znów) zaskoczyć… 

Runda 1. Mąż sprawdza przeciwnika
Moja żona jest bardzo praktyczna, więc bibeloty odpadają. No i ceni nawet te symboliczne gesty. Tak więc kilka lat temu zafundowałem jej odkurzacz. Spełniał wszystkie wymogi – przedmiot użytkowy w symbolicznej cenie. Był naprawdę tani, ale ciągnął jak szalony. Choć początkowo sprawiała wrażenie niezbyt szczęśliwej, to chyba prezent bardzo jej się podobał. W końcu pokazuje się z nim dwa razy w tygodniu. Dla odmiany koszulki z prześmiewczym napisem walentynkowym nigdy nie wyjęła z szafki.

 Runda 2. Żona kontratakuje
Zemściła się kilka miesięcy później, gdy na imieniny zafundowała mi konsolę. „Każdy 30-paro-letni facet musi mieć dedykowane urządzenie do grania” – usłyszała od kolegów w pracy. Kupiła mi bezprzewodowego pada do xBox’a. A gdzie reszta? Gdzie konsola? „Ojej, a myślałam, że to samo działa. Zdziwiłam się, że tanie było. Myślałam, że promocja”. Ta, jasne, cwana baba.

Runda 3. Mąż i żona, wymiana ciosów
W ubiegłym roku dałem jej voucher na kurs jogi. Dziesięć wyciszających seansów, które otworzą jej czakrę, zamkną usta i nauczą kilku nowych pozycji, które można wykorzystać w szczytnym celu (wiadomo;D). Trzy miesiące przerzucała bon z miejsca na miejsce, po czym teatralnie oświadczyła „ojej, zgubił się”. Zrewanżowała się zabraniem mnie na tor wyścigowy, gdzie miały czekać superszybkie auta do zakatowania na śmierć. Trzy godziny stania w korkach na wylotówce, by dowiedzieć się na miejscu, że najlepsze kąski są w serwisie tego dnia. Przypadek? Nie sądzę!

Runda 4. Mąż uderza nieprzepisowo, sędziowie nie widzą  przewinienia
Kocha podróże, więc w jej imieniny otworzyłem szampana pod Wieżą Eiffela. W Górach Świętokrzyskich jest wspaniały park miniatur. W jednym miejscu cały świat. Na wyciagnięcie ręki i – co najważniejsze – bezpiecznie. Strach jechać do Egiptu, a tu piramidy jak malowane. Cudze chwalicie, swego nie znacie. Tylko 200km od Warszawy. Była zaskoczona, więc uznałem, że niespodzianka się udała. Na instagramie i fejsie nikt nie zauważył różnicy, wystarczyło odpowiednio kadrować i zachować perspektywę. Lajków była masa!

Runda 5. Już za chwilę…
Jej okrągłe 32. urodziny chciałbym uczcić wielką, huczną imprezą w klubie. Korzystając z profili społecznościowych zrobiłem listę uczestników. Teraz ją weryfikuję. Wykreśliłem darmozjadów, którym zależy tylko na wyżerce i alkoholu. Poleciały też pasożyty odzywające się, gdy mają biznes. Odstrzeliłem hardkorowych imprezowiczów, bo muszę inwestować w pieluchy, a nie płacić za szkody wyrządzone przez rozpędzone stado mustangów (żeby nie napisać bydło:D). W konsekwencji wywaliłem z listy nudziarzy, po co tacy na imprezie. Dzieciaci niby ok, ale wpadną na godzinkę (tyle czasu teściowe zaopiekują się potomstwem).  Żal miejsca na nich. Koleżanki to osobna kategoria. Te, które ja chciałbym zaprosić, ona skreśliłaby od razu – albo puszczają się z wybranymi za pieniądze, albo ze wszystkimi dla sportu. Zbyt duże ryzyko ;).

Na mojej liście gości jest obecnie królewska para – żona i ja oraz dużo wolnej przestrzeni. Myślę jednak, że ucieszy się z hucznej imprezy- niespodzianki. Będą na niej ci, którzy naprawdę na to zasługują. Runda nr 5 dla mnie!