Nasza czarno-biała codzienność

Kiedyś nasze życie było tęczowe. Otaczały nas kolory, których nierzadko nie potrafiłem nazwać. Od kilku lat powoli i systematycznie traci ono swoje barwy. Wszystko przez serię przypadków.

„Kolory są dla ludzi bez wyobraźni”

Sześć lat temu postanowiliśmy gruntownie wyremontować najmniej ustawne mieszkanie świata. Było przytłaczająco ciemne, ciasne, pełne kątów ostrych i rozwartych. Na pomoc wezwaliśmy doświadczonego architekta. Pół roku i wiele banknotów później nasze gniazdko było gotowe. Niemal zbudowane od nowa. Od podłogi aż po sufit czerń i biel.

Trzy lata temu postanowiłem zmienić pracę. Bez napinki – jak trafi się coś fajnego, wyślę CV. Chwilę później siedziałem na rozmowie w sali konferencyjnej firmy, która była/jest marzeniem milionów [moim także była]. Gdy nikt nie patrzył pstryknąłem i wysłałem żonie foto wielkiej czarnej ściany z białym logo nakreślonym eleganckim fontem.

Dwa lata temu postanowiliśmy, że dołączy do nas pies. Długo szukaliśmy rasy, która łączyłaby coś niewielkiego i słodkiego [kryteria żony] z czymś, co wygląda i zachowuje się jak pies [moje kryteria]. W pewnej knajpie spotkaliśmy dziewczynę ze szczeniakiem. Płaski słodki pychol, wielkie sterczące uszka, niesamowita radość w oczach i … dziwnie długie łapy, jak na buldożka. Zakochaliśmy się w kilka chwil. Niebawem dołączył do nas Boston Terrier. Ma klasę angielskiego lorda, energię nowozelandzkiej drużyny rugby, wdzięk oddziału kawalerii w natarciu, no i chrapie głośniej niż Twój stary. Oczywiście jest czarno-biały.

W tym samym czasie postanowiliśmy zmienić auto. Gdy po długim przeczesywaniu rynku ustaliliśmy model i markę, przyszła kolej na kolor. Każde z nas wybrało z katalogu po dwa typy: żona – szare i błękitne, ja – czerwone i czarne. Następnie pojechaliśmy na parking dilerski, by obejrzeć je na żywo. Wszystkie typy okazały się nijakie. Za to furorę zrobiła biała wersja. Biel z czarnymi 19-calowymi felgami, czarnymi szybami bocznymi, dodatkami i czarną skórą. To było to, mafijne auto w czerni i bieli.

Rok temu, tuż po przebudzeniu, żona poinformowała mnie, że będziemy mieli dziecko. Gdy opanowałem wzruszenie, wstałem z czarnego [a jakże!] łoża małżeńskiego, posprzątałem zasmarkane chusteczki z podłogi w kolorze bielonego dębu i zaśmiałem się: „Mimo że pracujesz w bardzo międzynarodowej firmie, liczę że tym razem nasze szczęście będzie miało jeden kolor”. 

Cudowne życie #instamatek

Twierdzenie, że bycie mamą to praca na pełen etat nie uwzględniało Instagrama. Tam wiele #instamam haruje w pocie czoła, wyrabiając kolejne godziny nadliczbowe. A ja je szczerze podziwiam! I nieustannie zachodzę w głowę, jak one to robią…

Jak one to robią, że zasłonka w pokoju malucha, bukiet kwiatów, body dziecka, jego ręcznie szyta maskotka i paznokcie u ich stóp mamy mają ten sam kolor.

Jak one to robią, że zamiast dresu zaplutego jakąś kaszkowatą breją, w domu krzątają się w zwiewnych sukienkach koktajlowych i kobiecych szpilkach.

Jak one to robią, że mimo nieprzespanych nocy, całodobowej opieki, kolek, ząbkowania, ich fryzury są nienaganne, uśmiech szeroki, a cera jak u nastolatki.

Jak one to robią, że ich dzieci nieustannie śpią w ciągu dnia. Wtulone w kilkanaście markowych produktów wyglądają jak aniołki.

Jak one to robią, że mają czas tworzyć na śnieżnobiałym prześcieradle drobiazgowo dopracowane kompozycje złożone z własnych nóg oraz kosmetyków nadesłanych przez sponsorów.

Jak one to robią, że każde ich zdjęcie doskonale opowiada historię i nie wymaga opisu. Dzięki temu mają jeszcze więcej przestrzeni na hashtagi.

Jak one to robią, że między wiszącymi na ścianach angielskimi sentencjami o miłości i rodzinie, nie ma dziecięcych bazgrołów wykonanych kredkami. Zawsze i wszędzie panuje porządek, a na podłodze z olejowanych desek nie ma zabawkowego burdelu.

Jak one to robią, że każdego dnia na spacerze śledzi je profesjonalny paparazzi, który uchwyci najpiękniejsze momenty mamy i maleństwa w bardzo naturalnych, niepozowanych sytuacjach.

Jak one to robią, że będąc tak aktywnymi mamami, wciąż mają czas i energię by współpracować z markami, o co zabiegają z niezwykłym zaangażowaniem.

Jak one to robią, że u nich zawsze świeci słońce.

Chętnie pokazałbym kilka profili instamatek i rzucił wyzwanie mojej żonie, ale w rewanżu ona rzuciłaby mi zapewne soczystą wiązankę. Tak więc pozostaje mi obserwować u innych to wielkie szczęście z dodatkiem filtrów. I mocno im kibicować. Naprawdę podziwiam zaangażowanie, z jakim dzielą się w wirtualnym świecie swoim życiem. Prawdziwym życiem.

Ciężarna szaleje w internecie!

Moja mama spędziła ciążę na kanapie. Moja żona w internecie. W ciągu kilku miesięcy zmieniła siebie i nasz dom.

Podobno do niedawna na świecie żyły cztery kobiety, które nigdy nie zrobiły zakupów w sieci. Jedną z nich była moja małżowina. Wolała to co realne i namacalne, co od razu widać jak leży. Jednak rosnący brzuszek zaczął uniemożliwiać zakupowej lisicy błyskawiczne przemieszczanie się między kolejnymi butikami, spędzanie kwadransów w przymierzalni i dźwigania toreb z trofeami. A każdego dnia pojawiały się nowe, nieznane wyzwania. Pierwsze: stanik ciążowy. Gdzie to do cholery dostać? Z pomocą przyszedł sklep internetowy.

Pierwszy stanik ciążowy o rozmiarach wigwamu stał się przełomem. Zakupy w internecie są fajne! Wkrótce w domu pojawiło się więcej staników, które ułożone obok siebie, wyglądały jak pole namiotowe podczas Przystanku Woodstock. Nie wiem kiedy rozpętało się prawdziwe zakupowe szaleństwo. Między codziennymi długimi spacerami, gotowaniem dietetycznych posiłków [uzupełnianych zachciankami], treningami i fitnessem dla mam, niezliczonymi spotkaniami towarzyskimi, hurtowym pochłanianiem książek oraz poradników, zawsze znajdowała czas na myszkowanie w sieci. W pewnym momencie wizyty kurierskie były tak częste, że nie dało się zamknąć drzwi. A niektórzy bywali tak często, że z powodzeniem mogliby prosić o meldunek pod naszym adresem.

Gdy już wszystko, co dotyczyło mody, zdrowia i uroda dla mamy oraz dziecka zostało dostarczone, żona weszła na kolejny poziom – odkryła OLX!

Wiesz, czym jest syndrom wicia gniazda? To niepohamowana potrzeba remontowania, sprzątania, meblowania, ogólnie zmian w przestrzeni wokół ciężarnej. To naprawdę działa. Wychodząc do pracy zauważyłem, że nie ma biurka i fotela, na którym pracowałem dzień wcześniej. Po powrocie z pracy stało nowe. Sukces pierwszej transakcji zachęcił ją to pozbycia się potężnego regału, komody, narożnika, stołu z jadalni, kilku krzeseł, stolika kawowego z salonu i paru innych rzeczy. Oczywiście kreatywność ciężarnej nie znosi próżni, tak więc na każdym miejscu po starym meblu stanął nowy, oczywiście z internetu. I wcale nie miała zamiaru przestać – niczym weterynarz dokonujący inwentaryzacji chorej trzody, wciąż chodziła po pokojach szukając mebli, które można wybić!

Dwa tygodnie przed porodem zauważyła, że nad drzwiami do pokoju Hani tynk odchodzi od ściany. Warto byłoby poprawić ten niewielki kawałeczek – stwierdziła, a ja nauczony doświadczeniem zignorowałem uwagę. Więc zamówiła co trzeba, po czym wdrapała się na taboret ze szpachlą w dłoni i zamiarem rozprawienia się z defektem ściany. Zrobiłaby to, gdyby nie zadyszka i moje niespodziewane pojawienie się. Naprawiłem więc ścianę nad framugą i pomalowałem do winkla. A skoro byłem już odpowiednio ubrany i trzymałem w rękach wałek… Tak, pomalowałem jeszcze pół mieszkania.

Na szczęście wkrótce potem urodziła się Hania i nasze życie wróciło do normy.


Drogi Kolego,

Pamiętaj, internet w rękach ciężarnej jest potężnym narzędziem do siania chaosu w Twoim życiu codziennym. Jeżeli możesz, czym prędzej zawieś umowę z dostawcą na czas ciąży. Albo spróbuj jakoś spowolnić łącze, zablokować strony sklepów internetowych, w ostateczności zepsuj jej telefon. Powodzenia!

Spokojnie, posprzątam ten burdel!

selfie-monkey-self-portrait-macaca-nigra-50582Wśród wielu znajomych uchodzimy za dziwadła, wśród pozostałych za ludzi z bardzo archaicznym podejściem do czystości w domu. Tylko dlatego, że nie zatrudniamy pani do sprzątania. 

Znajomy zatrudniał dwie panie – jedną do sprzątania, drugą do zadań specjalnych- pranie, prasowanie, napełnianie lodówki świeżymi produktami. Znajomy i jego żona to bardzo zapracowani ludzie:  on spędza etatowe 8 godzin dziennie w ekskluzywnych salonach samochodowych, ona na Facebooku. Nie mają wiele czasu na pucowanie podłóg na kolanach.

Kumpel z pracy, wciąż pielęgnujący studenckie przyzwyczajenia, też korzysta z pomocy. Szczyci się domowym klimatem, wypracowanym w trudzie i znoju przez emerytowaną panią. „Na początku było dziwnie, gdy obca kobieta chodziła po mieszkaniu”– wspominał. A teraz? „Teraz ja sobie elegancko leżę w szlafroczku przed telewizorem, a pani Edzia ogarnia mieszkanie. Wspaniała kobieta!”.

Ku mojemu zaskoczeniu, z usług sprzątaczek korzystają także osoby w mniejszych miastach. I niekoniecznie dlatego, że same nie mogą pewnych czynności wykonać. To raczej kwestia prestiżu. Nobliwa doktorzyca zatrudnia cały szwadron najemników. Jedna pani gotuje, inna opiekuje się córką, kolejna sprząta. Do tego raz w tygodniu odwiedza ją pani od prania i prasowania, a także pan, który opiekuje się ogródkiem, kosi trawnik, podlewa kwiaty. Pani doktor prowadzi prywatną praktykę, bo z plebsem w szpitalach nie będzie się zadawać. W swoim środowisku z dumą opowiada, że dzięki niej tak wiele osób w mieście mają pracę. A przy okazji, jacy to niewdzięczni i leniwi ludzie.

Niezwykle kulturalna, elegancka para na wysokich stanowiskach i z wielkimi perspektywami na przyszłość. Właśnie odebrali mieszkanie i postanowili urządzić przyjęcie. Pani domu z dumą opowiadała o spełnieniu swojego największego marzenia – własnym mieszkaniu, w które włożyła tyle pracy, tyle duszy, tyle serca.

Fajne zaaranżowane pomieszczenie gospodarcze.

„Super, prawda? Powstało z myślą o wygodzie naszej pani sprzątającej”.

Skąd pomysł na kominek w tym miejscu?

„A nie wiem, bo wszystko zrobił architekt, ja przez cały remont byłam na kontrakcie”.

Jak robisz te boskie przystawki?

„A to trzeba zapytać pani która, czasem u nas gotuje lub pichci coś, żeby domowo było”.

W bogato zdobionej ramie na śnieżnobiałej ścianie pałacu wisi obrazek z napisem

„Home, sweet home”. Taaaa…

Mam dwie ręce, razem z żoną mamy cztery, a nasze mieszkanie jest wzorem czystości. Przez wiele lat raz w tygodniu otwieraliśmy butelkę Sauvignon Blanc, puszczaliśmy jazz i sprzątaliśmy. Czysta podłoga i atmosfera w związku to ważna sprawa. Teraz, gdy jest z nami Hania, więcej wina zostaje dla mnie.