Sprzedam córkę

W jakim wieku najlepiej zacząć zarabiać na dziecku? Hanka ma już miesiąc, a ja nadal nie założyłem jej Instagrama!

Każdego dnia obserwuję, jak zmienia się moja mała, jak rośnie w niej pragnienie poznawania świata. I byłoby to cudowne uczucie, gdyby nie blogująco- instagramujący rodzice. Oprócz bacznego obserwowania mojej córci w realu, śledzę przy okazji kilkanaście wirtualnych profili mam i tatusiów. Przedsiębiorczych ludzi, którzy wyjątkowo sprawnie wciskają swoje pociechy we wszystkie możliwe zakamarki internetu. I chyba całkiem nieźle na tym wychodzą.

Kampanie reklamowe, sesje modowe, góry sponsorowanych produktów, wizyty w telewizjach śniadaniowych i na czerwonych dywanach. Wywiady, oklaski i cała masa serduszek zachwytu. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim ich maluchy. Dzieci jako uzupełnienie stylizacji modnej mamy, podkreślenie bicepsa silnego tatusia, albo organiczny wieszak na pastelową sukieneczkę z modnego butiku z odzieżą dziecięcą. Bogu ducha winne szkraby rekompensują mamusi lub tatusiowi to, co w życiu nie wyszło.

A im dalej w las, tym więcej intymnych momentów z życia wywlekanych dla poklasku i komentarzy na Instagramie.  Zdjęcia z porodówki, pierwszy kroczek, zmiana pieluchy, kąpiel-  wszystko doprawione nieudolnie dobranym filtrem i setkami westchnięć wiernych fanek. Kochający rodzic i aktywny bloger. Bloger, którego wpisy na blogu policzyć można na palcach jednej ręki. Za to rodzinne zdjęcia w setkach. Najwyraźniej to się opłaca.

Każdego dnia czuję upływ czasu i nie wiem, jak właściwie go przehandlować. Na rodzinne weekendy jeżdżę swoim autem, płacę za pensjonaty „przyjazne rodzinie”, kupuję za swoje śpiochy, bodziaki i koszule do garnituru. A przecież kochający tata z dobrym aparatem w telefonie powinien dzielić się swoim prywatnym szczęściem z każdym, w szczególności ze sponsorem.

Mała jest z nami ponad miesiąc i wciąż nie ma ani grama Instagrama: ani jednej foteczki, oznaczenia modnej firmy odzieżowej, zachęty do wrzucania ofert współpracy do skrzyneczki. Czy zdołam nadrobić to opóźnienie? Czy uda mi się doścignąć innych kochających rodziców w ilości zebranych serduszek i folołersów? Czy 10 zdjęć dziennie mojego aniołka wystarczy? Ile kasy żądać? Pomóżcie!

PS. Foto pochodzi z darmowej bazy zdjęć.

Co lubią wszystkie kobiety?

Banalne pytanie, więc i odpowiedź niewyszukana – dobry styl. Problem w tym, że każdy egzemplarz ceni inną stylówkę. Choć  jest pewien wyjątek.

Misternie ułożony włos uzupełniony taliowaną marynarką i kompletem śnieżnobiałych zębów, albo dzika jak Puszcza Białowieska (do niedawna) broda wyrastająca ponad owersajzowym sweterkiem – zapewne zrobi wrażenie na wielu paniach. Ba, w niektórych kręgach – tych bardziej opornych na modę  – nawet totalny brak stylu uznany został za jego odmianę i dopuszczalny do kanonu piękna. Podobnie jest ze umiejętnościami: jedne wzdychają do utalentowanych, acz odklejonych od świata artystów, inne do operatywnych i zaradnych konkret-facetów. Pełna paleta barw, no i super!

Jest jednak pewna rzecz, która sprawia, że każda kobieta zwróci uwagę na faceta, zatrzyma się na chwilę lub uśmiechnie. I ta zakochana w 6-pakach na brzuchu, ale i jej mama lub babcia preferująca solidne bębny obleczone skórą . Nieco ponad 30 lat zajęło mi odkrycie, że wszystkim kobietom imponuje styl w jakim mężczyzna zmienia dziecku pieluchę. Dokładnie tak! Dobry styl, czyli pewność ruchów, szybkość, zdecydowanie. A jednocześnie delikatność, czułość, troska. Całość wrażeń spotęgowana dodatkowo kontrastem silnych męskich dłoni i malutkich dziecięcych nóżek. Mrrr. Obok takiego obrazka żadna kobieta nie przejdzie obojętnie, gwarantuję!

Jeżeli chcesz zwrócić uwagę tej wybranej, ale i wszystkich innych, już dziś zacznij ćwiczyć, nawet na sucho. Pewnego dnia styl, w jakim zmienisz pampersiaka jakiemuś (niekoniecznie Twojemu) dziecku, na pewno zostanie zauważony i doceniony. Wierz mi, że nigdy nie usłyszysz więcej kobiecych westchnień, niż w chwili ścierania kupy z ud małego człowieczka, czasem z jego pleców lub z siebie. W takich sytuacjach można naprawdę poczuć się prawdziwym mężczyzną, i nawet brudna pielucha gówno ma do tego.

Dziecko od Maffashion

A gdyby Maffashion ogłosiła macierzyństwo nowym trendem w modzie? Maluch jako must have w nadchodzącym roku to czysty zysk dla wszystkich!  

Sprawa jest wyjątkowo prosta. Kilka postów i instastories Julii Kuczyńskiej oraz innych fejmowych blogerek, a problem niskiego przyrostu naturalnego zostałby rozwiązany. Zresztą na takiej modzie zyskaliby wszyscy. Oczyma wyobraźni widzę pierwsze efekty – długie kolejki po testy ciążowe, które ustawiają się przed aptekami w całej Polsce. „Ojej, kupiła pani ostatni? No nic, z Allegro zamówię”.

Zyska więc branża farmaceutyczna i apteki ale także sklepy internetowe oraz porównywarki artykułów. Zyskają operatorzy komórkowi, którzy już dziś monitorują aktywność w internecie kobiet sprawdzając, które zaciążyły, a następnie kierować do nich reklamy nowych telefonów Serio, to się dzieje. Matka ciężarna łatwo da się namówić na nową komórę, by narodzonego malucha uwiecznić godnie. Zyskają wszystkie niszowe firmy dziecięce reklamujące się wyłącznie repostami na Instagramie, a szyjące w polskich manufakturach. A więc zyska też przemysł szwalniczy, a do Łodzi zaczną ściągać wykwalifikowane kadry z Bangladeszu;).  Można tak bez końca. Ale przede wszystkim zyskamy my wszyscy. Bo dzieci to nie tylko bohaterowie pustego frazesu o przyszłości. To także gwaranci naszych emerytur…

Zwracam się więc do Ministerstwa Zdrowia (lub dowolnego innego), aby sprawę przemyślało i zainwestowało w promocję świadomego dziecioróbstwa, jako trendu modowego na nadchodzący (niejeden) sezon. Na pewno budżet reklamowy na Maffashion i kilka blogerek będzie o wiele zer mniejszy niż wspieranie 500plus. Amen ;)

Sekretny język kobiet

Chłopie, ogarnij się i czym prędzej naucz języka, którym porozumiewają się kobiety. Jako partner, potem mąż, także ojciec unikniesz kilku zaskoczeń i całej masy awantur.

Na początku było słowo, jak w Biblii. A w zasadzie potok słów, bo to biblia kobieca była. Jak się później okazało modowa biblia, a w niej jedno hasło, które wryło mi się w pamięć na lata – jagodowy kardigan z dżerseju. Przysłuchując się rozmowie dwóch bliskich mi kobiet uświadomiłem sobie, że nie mam pojęcia, o czym te baby gadają!

Jagodowy kardigan z dżerseju – brzmiało trochę jak nazwa lanserskiej knajpy, trochę jak słodka obelga. Chwyciłem komputer, by rozłożyć zagadnienie na części pierwsze. Wikipedia podpowiedziała, że jagodowy to kolor, ciemny fiolet z dodatkiem czerwieni (RGB #660066), a zapytaj.onet.pl że do jagodowego pasują ciuchy w kolorze wrzosowym i malinowym – to akurat nieco skomplikowało sytuację. Wujek Google pomógł rozszyfrować kardigan oraz dżersej i wreszcie poczułem zadowolenie. Wtedy stwierdziłem, że chcę poznać sekretny język kobiet. Może się kiedyś przyda.

Minęło wiele lat i wiem, że nic nie wiem. A przynajmniej niewiele. Choćbym zaprenumerował Show, Party i Cosmopolitan, wszystkich kobiecych zwrotów nie przyswoję, a każdego dnia pojawiają się nowe. Gdy z ust żony pada „Podaj mi żakiet w pepitkę”, zastanawiam się, czy to brzydkie słowo na „ż” naprawdę wkłada się w to na „p”. Niełatwy jest też proces edukacji w zakresie dziecięcym.

– W pokoju małej dać akcenty w kolorze amarantowym*, fuksji**, czy piaskowym***?
– Yyyy, jestem za.
– Czyli który?
– Ten, który mówisz.
– A konkretnie?
– Konkretnie, to Ci ufam. Ty wybierz.

Z sytuacji podbramkowych nie zawsze udaje się wyjść obronną ręką. Żona prosi o ubranie małej na spacer, a w szufladzie 12 kupek ciuszków, wszystkie takie same. Więc wyciągam to, co ma ładny wzorek i kolorek. Nim zdążę zainstalować to na dzieciaku, wpada kontrola i wykładem, czym różni się body od kaftanika od pajacyka od rampersa od śpiochów i od półspiochów. Na swoją obronę mam tylko to, że faceci to proste istoty i dlatego Bóg kazał nam segregować brudne rzeczy wyłącznie na  białe i kolorowe. Choć i to czasem staje się wyzwaniem. Warto  jednak spróbować odszyfrować kobiecą enigmę i nauczyć się kilku pojęć. Jeżeli nie z pasji do łamigłówek, to choćby dla świętego spokoju. Powodzenia!

 Legenda dla mężczyzn:
* jasna czerwień wpadająca w róż
** fiolet z różem
*** delikatny, jasny róż

No to mam przesrane!

Do każdego dziecka powinien być dołączony zestaw skrobaczek i rozpuszczalnik – żartowałem kilka miesięcy temu – po co tapetować pokoik, skoro po solidnej kupie trzeba będzie doprowadzić meble, ściany i siebie do porządku?

Zanim pojawiła się mała, dwa razy stanąłem oko w oko z karkołomnym zadaniem zmiany pieluchy. Pierwszy w szkole rodzenia: nierówna walka z manekinem przez niektórych mogłaby zostać uznana za bestialstwo i zbrodnię przeciwko ludzkości. I słusznie! Drugi raz miał miejsce na stoisku Pampersa podczas rodzinnego pikniku w parku: tu poszło znacznie lepiej. Zamontowałem pochłaniacz właściwą stroną, nie wyrywając kończyn i to w czasie krótszym niż pół godziny.

Nieźle, ale taki wynik można było spokojnie poprawić. Kupiłem pieluchę, zagadałem do znajomego, żeby pożyczył od córki lalkę. Zdziwił się. Następnego dnia przyniósł do pracy dwie blond Barbie – w wersji biznesowej oraz dziwkarskiej – i publicznie zapytał, która mnie kręci. Projekt stracił klauzulę „Ściśle Tajne”, a ja musiałem na forum ogłosić cel ćwiczebnej misji, jednocześnie mierząc się z falą żartów i drwin. Było warto!

Wreszcie stało się: przyszedł czas zmiany symulatora lotów, na stery prawdziwego odrzutowca. A trzeba przyznać, że mała ma niezły wydech. Gdy odpala silniki, brzmi jak startujący Mig. Jest głośno! Lekarz i położna mówią, że tak powinno być, więc jest super. Sąsiedzi mogą być odmiennego zdania. Gdy pierwszy raz zajrzałem do środka oczekiwałem armagedonu. A tymczasem nie śmierdziało (jeszcze) i nie wyglądało tak źle, jak można byłoby się spodziewać. Niewielkie doświadczenie zdobyte na gumowych substytutach przydało się.  Zmienianie pieluchy szybko stało się moim nowym małym hobby. Może nie jest to najczystsza robota, ale daje mi kupę radości nam obojgu.

PS. Rozpuszczalnik i skrobaczkę nadal trzymam w szafie. Na wszelki wypadek.

Pan Tateusz. Inwokacja.

W połowie października otworzyłem nowy rozdział życia, a chwilę później mocno zmrożoną butelkę Pana Tadeusza. Świętując pojawienie się Hani, odkryłem na dnie butelki wiadomość „zacznij pisać bloga”.

W połowie października otworzyłem nowy rozdział życia, a chwilę później mocno zmrożoną butelkę Pana Tadeusza. Świętując pojawienie się Hani, odkryłem na dnie butelki wiadomość „zacznij pisać bloga”.

Pod wpływem argumentów Pana Tadeusza sceptyczne nastawienie do tego pomysłu z wolna ustępowało, a w głowie zaczęły rodzić się pierwsze tematy. Aż w końcu powstał blog młodego taty, nieprzypadkowo nawiązujący do nazwy topowej pozycji z polskiej literatury.

Blog Pan Tateusz nie będzie wielkim dziełem, ani poezją trzynastozgłoskowcem pisaną. To typowa epopeja domowa – zbiór myśli nieuczesanych, codziennych obserwacji, zaskakujących odkryć, ale i małych rozczarowań. Czasem boska komedia, czasem dramat w trzech aktach. Albo bardziej współcześnie: Barwy Szczęścia i Trudne Sprawy w jednym.  Pewne jest, że czytając Pana Tateusza nie znajdziesz matkopolkowego mesjanizmu i krzyża na ścianie, gadżetomarketingu i złotych myśli z poradnika dla akwizytorów. Będzie rodzinnie i wesoło – bez spiny, z dystansem i solidną dawką (niewyszukanego) humoru. Jak to w rodzinie bywa.