Zaprogramuj przyszłość dziecka już dziś

Oto Hanka, przyszła Noblistka w dziedzinie chemii, zdobywczyni Korony Ziemi i nagrody Grammy w kategorii odkrycie roku, gwiazda MasterChefa i v-ce Miss Świata 2040. Za jej wszystkimi sukcesami stoją kochający rodzice!

Plan, jak to osiągnąć jest zaskakująco prosty: dwa warianty, jeden cel.

Wariant A

  1. Zaciągamy kredyt we frankach szwajcarskich
  2. Hanka kończy roczek i wyjeżdża do żłobka z internatem w Szwajcarii
  3. Negocjujemy z bankiem odroczenie terminu spłaty kredytu
  4. Dorosła, wykształcona, bogata Hanka wraca do Polski i spłaca kredyt rodziców


Wariant B

  1. Hanka kończy roczek i nie wyjeżdża do żłobka w Szwajcarii
  2. Opracowujemy harmonogram tygodnia
  3. Poniedziałek: balet [bo jest piękny]
  4. Wtorek: angielski [bo to standard]
  5. Środa: łyżwiarstwo figurowe [bo mamusia jeździła]
  6. Czwartek: fortepian [bo tatuś grał]
  7. Piątek: mandaryński [bo angielski to za mało]
  8. Sobota: własne zainteresowania, do wyboru: malarstwo / programowanie / taniec współczesny
  9. Niedziela: Msza Święta, rosół na kurze, czas wolny

Cel: szczęście dziecka i duma rodziców!

[Kurtyna]



Podsumowanie:

Jeżeli doczytałaś/-eś ten tekst do końca:
… i nie wzbudził żadnych emocji – nie jest z Tobą dobrze
… i popierasz dowolny wariant – zgłoś się do lekarza
… i chcesz to zrealizować – pacnij się w głowę! Porządnie. Jeszcze raz. Wal aż zmądrzejesz. Mocniej. Zrób krzywdę sobie, nie dziecku.

Zaufanie córki to rzecz święta!

Kiedyś moja córa przyprowadzi do domu kolegę, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś przedstawi oficjalnie swojego chłopaka, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś zaprosi go na rodzinny obiad, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś przyjedzie po nią na motocyklu, a ja będę dla niego miły.
Kiedyś zmieni tego na innego, a potem kolejnego. A ja nadal będę miły.

Nawet jeżeli będzie niewydarzony, rozkojarzony, zesrany w gacie, ja wciąż będę dla niego miły. Dlaczego? Bo zdobycie i utrzymanie zaufania córki to rzecz święta! Kochający ojciec musi dołożyć wszelkich starań, aby dziecko czuło, że tatuś jest wyrozumiały i akceptuje młodzieńcze wybory swojej córki. Zamiast obściskiwać się w szkolnej szatni, ściemniać starym, że idzie do koleżanki uczyć się do klasówki z religii lub chować z telefonem w łazience, niech zaprosi chłopaka do domu. Matka rosół zrobi i mielone na drugie.

Kiedyś moja mała córeczka wyrośnie z pieluch i zacznie poznawać świat. Świat pełen małych, cwanych odszczepieńców, którym tylko jedno w głowie. A ja będę dla nich miły.

A przynajmniej postaram się ;).

„Rodzinne” spotkania: atomówki

Życie uwielbia zaskakiwać młodych rodziców. Spotkanie z grupą meneli [cz.1] czy ostra awantura w autobusie [cz.2] mogą okazać się ciekawym, a nawet miłym doświadczeniem.

Matki Polki walczące. Upalny dzień, zatłoczony autobus miejski – scenariusz zapewne dobrze znany niejednej pani. Tłum, że szpilki nie wciśniesz, a tym bardziej kobiety w zaawansowanej ciąży. Żonie jednak się udało. Autobus ruszał i hamował, a małżowina trzymając się kurczowo rurki, bujała się niczym młody orangutan nad głową wygodnie siedzącego mężczyzny w średnim wieku.

Nagle jedna z kobiet zaproponowała odstąpienie miejsca. Sekundę później zrobiła to samo druga. Obie panie, niczym ewangelizujący świadkowie Jehowy, zaczęły przeciągać żonę na swoją stronę. Niewykluczone, że za chwilę doszłoby do regularnej potyczki słownej, gdyby nie wspomniany wygodnicki jegomość, który niewzruszony przyglądał się zdarzeniu.

Kobiety widząc wała rozsmarowanego na siedzeniu i wiszącą nad nim brzuchatkę, postanowiły przywołać samca do porządku.

– Ciąża to nie choroba – palnął na swoje nieszczęście dureń.

Kod odpalenia rakiet atomowych został wprowadzony poprawnie. Stało się! Kobiety skumulowały całą swoją energię, po czym wystrzeliły w stronę wygodnickiego głowice ze śmiercionośnym ładunkiem. Łącząc siły przeprowadziły niespotykany na skalę światową nalot dywanowy na naburmuszonego durnia. Tylko pióra fruwały [i parę nieprzyjemnych wiązanek].

Jeżeli w jednym z warszawskich autobusów zobaczycie w miejscu fotela wypaloną podłogę, to wiedzcie, że kiedyś siedział tam wygodnicki dureń, który nie ustąpił miejsca ciężarnej kobiecie.

„Rodzinne” spotkania: menele

Życie uwielbia zaskakiwać młodych rodziców. Spotkanie z grupą meneli [cz.1] czy ostra awantura w autobusie [cz.2] mogą okazać się ciekawym, a nawet miłym doświadczeniem.

Kodeks honorowy menela. Kilka dni temu wybraliśmy się na targ do Hali Gwardii. Tętniące życiem i pysznymi smakami miejsce, przed którym za cholerę nie da się zaparkować wieczorem. Po kwadransie udało się znaleźć wąskie miejsce przed drzwiami monopolowego. Wejścia do sklepu strzegła garstka lokalnych czerwononosych, tych którzy za 2 złote z radością popilnują auta. Wypakowałem i rozkładałem wózek, gdy jeden z nich ruszył nas powitać.

– Benek, wracaj! Zostaw państwa! – zawołał ktoś z ekipy

Półgłuchy Benek kuśtykał w naszym kierunku mamrocząc klasyczne „kierowniku, czy nie poratowałbyś…”. W tym momencie rozległo się chóralne:

– Benek, kurwa, wracaj! Wpierdol dostaniesz, jak zaczepisz państwa!

Gdy Benek porzucił zamiar wydębienia paru złociszy na jakiś tani mózgotrzep, lider grupy z oddali [co ważne] zwrócił się do nas głosem bardzo, bardzo starego rockmana:

– Przepraszamy, ale mamy zasadę. Nigdy nie podchodzimy do rodzin z małym dzieckiem. Nigdy.

Szacunek [dla] ludzi ulicy!

Rozmówki małżeńskie #3

W czasach, gdy zawodowo zajmowałem się bieganiem z mikrofonem za gwiazdeczkami, wyróżnienie się w tłumu podobnych maratończyków było kluczem do sukcesu. Wtedy to moim strojem służbowym stał się tiszert z subtelnym hasłem: Masturbation is not a crime. Niewielki napis o wielkiej mocy – cudowny wabik, który wyróżniał mnie, powodował uśmiech u celebrytów, zmniejszał dystans. Miłość do odzieżowej niepoprawności z radością pielęgnuję do dziś.

Zrzut ekranu 2018-01-16 o 16.04.47

 

Antologia domowych kłótni

W każdym szanującym się domu musi od czasu do czasu dojść do jakiejś spektakularnej awanturki. Nie ma znaczenia kto zaczął i o co poszło. Ważne jest tylko, jak to się skończy.

Tu wieża kontroli lotów, zbliża się zidentyfikowany obiekt latający. To talerz wystrzelony przez Gwiazdę Śmierci, znaną jako Żonę. Uwaga, talerz znajduje się na kursie kolizyjnym!

Wiele lat temu. W trakcie awantury wychodziłem, trzaskałem drzwiami i tyle mnie widzieli. Szedłem do pierwszego lepszego baru i tam odpoczywałem. Zamawiałem zupę frytkową, czyli kawałki ziemniaków skąpane w morzu śmierdzącego oleju, rozcieńczone piwo z kija, odpalałem pierwszego papierosa. Siedziałem tam do momentu, aż mi przeszło lub skończyły się fajki. Moja mała żulerska samotnia, mój czyściec. Złość mijała, wracałem do domu, pojednawcze bzykanko i życie znów było piękne.

Kilka lat temu. W trakcie awantury wychodziłem, trzaskałem drzwiami i tyle mnie widzieli. Z torbą na ramieniu jechałem na siłownię. Zamiast smrodu frytury, odór potu. Zamiast wypychającego brzuch piwska, nieliczone serie brzuszków. Podczas interwałów z lekkim rozrzewnieniem wspominałem, jak wcześniej zamiast nabijać kilometry na bieżni, liczyłem kolejne wypite browarki relaksacyjne. Po treningu, saunie i masażu, wracałem do domu. Złość mijała, ale i energia do pojednawczego bzykanka. Mimo to życie znów było piękne.

Kilka dni temu. Chciałbym napisać, że w trakcie awantury wyszedłem, trzasnąłem drzwiami i tyle mnie widzieli. A po powrocie było pojednawcze bzykanko i super. Ale nie mogę. Po pierwsze primo: od  początku ciąży nie było żadnych sprzeczek (dziękuję wam, kobiece hormony!). A po drugie primo: gdyby nawet wystąpiła jakaś niezgodność małżeńska wyrażona nagłą burzą emocji, to gdzie miałbym pójść? Co najwyżej rozzłoszczony, zamknąłbym się w dziecięcym pokoju i zmienił małej pieluchę. Lub bajki czytał, ale tylko te o złej Babie Jadze. Nawet trzasnąć drzwiami nie byłoby jak, bo w pokoiku zamontowaliśmy udziwnione drzwi z cichymi zawiasami. Czuję, że to stanowczo wydłuża drogę do pojednawczego seksu…. ;)

Głuchota bywa błogosławieństwem

Planujesz dziecko? Już dziś kup stopery do uszu lub zacznij słuchać głośnio trash metalu. Tylko uszkodzenie słuchu może uchronić przed ocipieniem od ilości niechcianych „dobrych” rad.

Zaczęło się tuż po wyjściu ze szpitala. Mała płakała, więc prababcie pospieszyły z radą:

– Masz za dużo pokarmu. Hania nie wie, jak się zabrać!

– A może nie masz mleka? Pewnie masz postny pokarm! Pij bawarkę!

Temat herbaty z kapką mleka jako cudownego leku szybko powrócił:

– Pijesz bawarkę? Dlaczego nie pijesz bawarki?

– Babciu, z moim mlekiem w porządku. A herbata z UHT to jakiś mit.

– Nie znasz się, wykarmiłam Twoją matkę i ciotkę, bo bawarkę piłam. Zaraz Ci zrobię…

Leciwe ciotki też miały coś do powiedzenia:

– Dlaczego nie ubieracie Hani na różowo? To dziewczynka, powinna być na różowo.

– Ubierajcie Hanię w niebieski kolor. Niebieski to kolor dziewczynek, Maryjka jest niebieska. Każda dziewczynka powinna być jak święta panienka.

O ile prababciom i niepierwszej świeżości ciotkom wiele im się wybacza, to trudno zrozumieć innych, młodych znajomych lub zupełnie nieznajomych. Ci ostatni potrafią zatrzymać wózek na ulicy rzucając się niemal Rejtanem i komentować garderobę: za grubo, przegrzewa się…. Za lekko, przecież jej zimno!

Dzieciaci znajomi, wyborni znawcy tematu, potrafią dorzucić swoje trzy grosze:

– Dzień po wyjściu ze szpitala poszliście na spacer? W październiku?!

– Przez cały tydzień było 20 stopni Celsjusza. Mieliśmy czekać do kwietnia, kiedy to może leżeć śnieg?

– No ale to październik!

I, jak to dobrzy znajomi, nie szczędzą rad i nieocenionych uwag:

– Jak można katować takie maleństwo podróżą z Warszawy do Wrocławia!

– Koła się toczą, mała śpi. Zero stresu. A w połowie godzinna przerwa na karmienie i pielęgnację w ślicznym pokoju dla mam na nowiutkim Orlenie…

– I jeszcze karmicie na stacji benzynowej?!

Wśród ekspertów znalazł się też Wujek Dobra Rada, który oczywiście sam dzieci nie posiada. Ba, nawet narodzin Małej nie zdążył pogratulować, bo nie utrzymuje z nami kontaktu od kilku lat. Jednak, gdy zobaczył w internecie filmik z Hanką i psem w rolach głównych, niespodziewanie napisał wiadomość na fejsie:

Mam takie przemyślenia, że to bardzo niefajne jak pies liże twarz dziecka.

Ani me, ani be tytułem wstępu, bez „cześć” czy „gratulacje”. Prosto z mostu, jakby miał do tego prawo. I jakby nas to w ogóle obchodziło.

Każdy dzień przynosi kolejne cytaty zatroskanych o dobro naszego dziecka. Czasem bywa to zabawne, niekiedy irytujące, ale dopóki Hanka nie wyprowadzi się z domu, pewnie będziemy słuchać, jak wychowywać małą.

Dobrzy doradcy uświadomili nam, że świat świeżutkich rodziców składa się z praw i obowiązków. Rodzic ma tylko obowiązki: obowiązek troszczenia się o dziecko oraz obowiązek wysłuchiwania uwag. A znajomi i nieznajomi mają prawo wygłaszać uwagi i pouczać. 

Dialogi [poza]małżeńskie

Wyprałem trykocik, zjadłem lekkie śniadanie, polubiłem Anię i Ewę na Instagramie. Mam energię i motywację, by przenosić góry. Choć zacznę od czegoś lżejszego. Może rozmowa?

Zrzut ekranu 2018-01-05 o 13.26.51

Zrzut ekranu 2018-01-05 o 13.27.01

Zrzut ekranu 2018-01-05 o 13.27.14

Z dzieckiem w restauracji. Studium przypadku.

Jest wiele pysznych miejsce w Warszawie, gdzie z uśmiechem witane są małe dzieci i niewiele większe psy. Jedyne co może w nich czasem zaskoczyć to komfortowi klienci.

Na Powiślu w Warszawie mieści się nasza ulubiona restauracja. Odpowiada nam bliska lokalizacja, miła atmosfera, serdeczna obsługa, a przede wszystkim menu. Od początku karty aż do jej końca jest po prostu przepysznie. Ostatnio odwiedziliśmy lokal w pełnym składzie – ja z Hanką w nosidełku, żona z psem na smyczy. Jak zwykle zajęliśmy miejsce przy wielkim stole. Niestety, jakkolwiek bym nie kombinował, postawienie na krześle nosidełka z dzieckiem nie było bezpieczne. Jedynym rozwiązaniem było znalezienie miejsca na szerszych od krzeseł kanapach pod ścianą.

– Dzień dobry, czy nie zechciałyby się panie zamienić na miejsca? – zwróciła się żona do dam siedzących na dwuosobowej kanapie.
– Nie, proszę pani. Jesteśmy po pracy. Jesteśmy zmęczone. Chcemy zjeść w  k o m f o r t o w y c h  warunkach!
– W komfortowych? Rozumiem…

Zwróciłem uwagę na dłonie dam. Wszystkie cztery kończony pozbawione biżuterii znakującej, co świadczyło że damy niezaręczone, tym bardziej niezamężne. Spojrzałem na ich twarze i już wiedziałem dlaczego. I wcale nie chodziło o nienachalną urodę, a przynajmniej nie do końca. Te zimne, pozbawione empatii spojrzenia.

Słysząc rozmowę żony z damami, para z kanapy obok zaoferowała zamianę. Wzajemnym uprzejmościom i uśmiechom nie było końca, tak jak zachwytom nad Hanią oraz naszym psim urwisem. Miłe, przyjemne, bardzo ciepłe. Po prostu ludzkie.

Siedząc łokieć w łokieć z damami z kanapy obok przeszła mi myśl, którą chyba wyartykułowałem:

– To może wyjmiemy marudną Hankę z nosidełka i poluzujemy smycz wszędobylskiemu psu? Żeby im było trochę wygodniej.

Tymczasem damom podano zupę w bardzo komfortowych talerzach. Takich, które pozwoliły skryć twarze i ograniczyć pole widzenia. Nie daj boże, zobaczyłyby nasze roześmiane miny, albo zdziwione spojrzenia innych klientów.

Tata wraca na siłownię

Dzieciaci blogerzy i instagramerzy przekonują, że można być modnym, zadbanym i wysportowanym tatą. Ja swoją torbę na siłownię spakowałem 9 miesięcy temu. 

Przez wiele lat siłownia była moim drugim domem. Codziennie wstawałem z kurami, odwoziłem żonę do pracy, potem robiłem solidny trening na siłowni uwieńczony sauną i prysznicem, by o godzinie 10.00 niczym młody bóg wkroczyć dumnie do firmy. I tak 5 dni w tygodniu, aż do momentu, gdy dowiedziałem się, że będę tatą.

Rutynowe działania na rzecz konserwowania młodości, ujędrnienia pośladów i rozbudowy bicepsów zamieniłem na kompleksową obsługę żony, pielęgnację życia rodzinnego i spełnianie zachcianek. Choć tych praktycznie nie było [zaskoczenie]. Zawsze jednak znalazło się w domu do zrobienia coś, co stało wyżej w hierarchii niż martwy ciąg.

Żona rosła, ja razem z nią. Aż do połowy października, gdy z brzucha wyskoczyła Hanka. Niemal w tej samej sekundzie moja żona znów stała się niezłą szprychą. A tydzień później super szprychą. A mi nie ubyło ani grama, jakbym wciąż nosił w sobie maleństwo. Takie 10 kilogramowe.

Przez dwa miesiące, każdego wieczoru mówiłem sobie „rano idę na siłkę”. Ale za każdym razem, gdy o świcie przewijałem małą, a ona uśmiechała się, przebierała nóżkami, wydawała te cudnie nieopisane dźwięki, ani myślałem o maratonach na bieżni i seriach brzuszków. Każdą chwilę wolałem spędzić z nią. Aż przyszły święta, czas który nie sprzyja byciu ani eleganckim, ani wysportowanym. Hania przybierała na masie, ja razem z nią. Po Wigilii uwierzyłem w to, że duży brzuch ułatwia noszenie małej – ot takie mobilne krzesełko.

I gdy już miałem rezygnować z karnetu na siłownię i sprzed drzwi zabrać torbę, o którą wszyscy od miesięcy się potykamy, do akcji wkroczyła moja żona. Powiedziała, że choć wyglądam bardziej męsko niż kiedykolwiek – patrz: mobilne krzesełko – to pragnie, abym wrócił do tego, co tak lubiłem.

Wczoraj był ten dzień.Wróciłem do starych nawyków: siłownia o świcie + inne, lepsze jedzenie.

– Żono, zaczynam drakońską dietę.
– Co będziesz jadł?
– Przecież mówię – drakony!

Gdy już przestała się śmiać, postanowiła wesprzeć moje starania. Wyrzuciła wszystkie słodycze i słodkie napoje do kosza, i upichciła fit indora. Całą fermę, bo starczy tego na miesiąc.