Z dzieckiem się nie da?

Kiedy pytam znajomych „co się nie da?”, w odpowiedzi pada „wszystko!”. Masz małego berbecia, zapomnij o praniu, sprzątaniu, gotowaniu. Weź głęboki wdech i utoń w domowym chaosie. Albo wykrzesz z siebie odrobinę dobrych chęci.

Dwa razy w tygodniu szalejemy w kuchni. Żona i ja przez 2.5 godziny gotujemy potrawy na kilka dni: ja według starannie rozpisanego planu dietetycznego, żona według uznania [byle było smacznie i bez mięsa]. Małą kładziemy w przenośnym łóżeczko-bujaczku tak, aby wszystko i wszystkich dobrze widziała. Obok układa się kontroler jakości mięsa [pies rasy żarłok]. A potem zaczynamy szoł!

W mieszkaniu rozbrzmiewa cicha muzyka, w garach oraz na patelniach syczą i bulgoczą tajemnicze mikstury. Hanka radośnie przebiera rączkami i nóżkami. Żona tanecznym korkiem rusza do bujaczka. Robi dwa piruety i jedną głupią minę przed małym jury, co zostaje nagrodzone radosnym piskiem. Tak wysoka ocena gwarantuje udział w finale domowego Tańca z Gwiazdami.

Kuchnia szybko wypełnia się aromatycznymi zapachami. Mała uśmiecha się, wodzi za nami wzrokiem. Oto ząbek czosnku, zanim stanie się częścią dressingu, trafia pod malutki nosek. Uśmiech ani na chwilę nie znika z twarzy małej księżniczki. A teraz małe koktajlowe pomidorki: 14 sztuk trafia pod nóż, a jedna w rączki Hanki. Nowa nieznana faktura przez chwilę skupia sto procent jej uwagi. Ale i tak nic bardziej nie cieszy, niż widok durszlaka. Błyszczące, dziwaczne narzędzie, za którym znika i niespodziewanie pojawia twarz taty z okrzykiem „a kuku! ” wywołuje salwy śmiechu i pisków.

Potrawy dochodzą, mała promienieje, najedzony pies leży do góry brzuchem. Wszyscy są szczęśliwi. Niektóre rzeczy [ku naszemu zaskoczeniu] okazują się całkiem proste, jeżeli wykażemy się odrobiną dobrej woli, energii i pomysłowości. Jeżeli wciągniemy dzieciaki w to, co robią dorośli, obowiązkom nadamy formę zabawy.


Gdy pisałem ten tekst, przyszła wiadomość od kumpla, który urządza własne gniazdko: 

[sms <-] Stary, wieczorem przyjedzie nowe łóżko. Pomógłbyś mi je wnieść?
[sms ->] Jasne. Będzie Twoja narzeczona?
[sms <-] Tak.
[sms ->] No to załatwię jej towarzystwo. Przyjadę z Hanką.

Mała będzie miała wieczorny spacer. Żona godzinę spokoju. Narzeczona kumpla poćwiczy śmieszne miny do Hanki, a my dźwigniemy łoże małżeńskie na 8. piętro. Wszyscy będę szczęśliwi! [poza kręgosłupami].

Jak wylaszczyć partnerkę

Dziecko wiele zmienia w życiu kobiety. Nie tylko wpływa na jej harmonogram dnia, ale i biodra, piersi, uda, pośladki. Bądź dobrym partnerem, pomóż swojej pani osiągnąć zadowolenie i dobrą formę. To naprawdę proste!

Krok 1. Obniż poziom stresu partnerki. Po pierwsze wyrzucając wszystkie kolorowe pisemka, po drugie zmieniając hasło na jej Instagramie i Facebooku. Dzięki temu nie dowie się, że po porodzie Anna Lewandowska wróciła do formy w miesiąc, Natalia Siwiec w 3 tygodnie, a Marcela Leszczak [partnerka Miśka Koterskiego] w kilka dni. Bez głodowych diet, skalpela i chudotwórcy. Samo wsiąkło.

Krok 2. Załatw partnerce najlepszego trenera! Nie daj się wciągnąć w babską politykę – „jesteś za Chodakowską czy Lewandowską?” Po którejkolwiek stronie staniesz i tak będzie źle. Nie oceniaj jakości oferty po liczbie lajków, bo niechcący Deynna i Majewskiego [taki męski duet na równi pochyłej] polecisz partnerce! Zamiast marketingu, wybierz konkret, czyli trenera z jajami [czytaj: mężczyznę]. Takiego jak Dziki Trener, który wali prosto między cyce co i jak.

Albo takiego jak Qczaj, uroczy mikrusek z bombową energią, który podskakuje jak sprężyna i nieustannie dokazuje po góralsku.

Krok 3. Dźwigaj za mamę słodki ciężar. Urwij się wcześniej z pracy w dniu jej treningu i przejmij malucha. Partnerka zyska godzinę czasu dla siebie. Pod żadnym pozorem nie pozwól, by wykorzystała to na odsypianie. To czas ciężkiej pracy! Ona pomacha nóżką dla zdrowotności, Ty rozwiniesz bezcenną więź z dzieckiem. Wszyscy będziecie wygrani.

Mój autorski progam wylaszczania partnerek w 3 krokach osiąga spektakularne rezultaty. Dowodzą tego badania naukowe prowadzone od niemal 4 miesięcy w moim salonie. Brzucha brak, nogi do nieba i szeroki uśmiech od ucha do … dupy. Powodzenia! 

 

Matka Polka Upadła

Padnij kobieto na kolanach, złóż ręce do modłów. Padnij i w milczeniu znoś swój trud. Im niżej upadniesz, tym lepszą matką będziesz. Tak mówi tradycja. I bezwarunkowy nakaz całkowitego poświęcenia się macierzyństwu. 


Masz być niewyspana i niedomyta. Przetłuszczone włosy, wory pod oczami i niezrobione paznokcie niech będą Twoim manifestem macierzyństwa. Zaakceptuj to. Niewskazane jest, abyś myślała o własnej urodzie i poczuciu atrakcyjności. To oznaka egoizmu. Wyzbądź się pragnień kupienia sobie sukienki na wesele przyjaciół. Na pewno w szafie masz coś, co da się zaprać w miejscu ubabranych przecierem z jabłka.

Pamiętaj, że dziecko kocha Cię za to, że poświęcasz mu całą siebie. Nie za wydepilowane nogi, cienie na powiekach i tyłek jędrny, jak przed porodem. Nie staraj się dążyć do szczęścia. Ono jest w Twoich ramionach. Nawet podczas nieudolnych prób zjedzenia śniadania. Bądź dobrą matką, wybierz szczęście zamiast przyjmowania pokarmów.

Uśmiechaj się. Jeżeli nie z radości, to z obowiązku. Dziecko doskonale czyta Twoje emocje. Pomyśl, kiedyś wyjdziesz z domu do ludzi. I niech to Cię motywuje, by każdy poranek, po nieprzespanej nocy, witać promiennym uśmiechem.

Nie wierz tym, którzy mówią, że w życiu potrzebna jest równowaga. Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko? Brednia totalna! Przecież doba ma tylko 24 godziny, nie wciśniesz w nią tyle szczęścia! Nie czytaj zachodnich książek, o tym jak paryżanki dbają o siebie o po porodzie. Jak państwo wspiera je fundując specjalne zajęcia dla kobiet w połogu. Wystrojone fit-pindy to nie jest wzór dla Ciebie.

Zapamiętaj, że Twoje prawo do szczęścia określa tylko jeden paragraf: zadowolone dziecko. I ma Ci wystarczyć. A jeżeli to wciąż za mało, to znaczy że nie jesteś dobrą matką. Alleluja i do przodu. 

Czy facet powinien być przy porodzie?

Odpowiedź: TAK.
Koniec wpisu.


Uzupełnienie.

Rola faceta podczas porodu:

  • Być i milczeć. Sama obecność faceta daje wiele partnerce. A milczenie jeszcze więcej. Facet nieproszony, nie zabiera głosu. Nie ma nic gorszego, niż natręt, który co chwila pyta, czy coś podać, czy boli, czy poprawić poduszkę, jak się czuje, o czym myśli, co na obiad. Albo po prostu gada. Za gadulstwo na porodówce idzie się do piekła!
  • Słuchać i wykonywać. Wszystko, o co partnerka poprosi. Każe opowiedzieć żart, facet opowiada żart życia z zajebistą puentą. Każe otworzyć okno, facet otwiera. A jak się nie da, to wybija szybę głową. Każe przynieść wodę, facet przynosi. Tylko bez głupich numerów w stylu: „Kochanie, wolisz Żywiec Zdrój czy Kroplę Beskidu? Pół litra czy więcej?
  • Szybko biegać. Jeżeli partnerka zażąda, aby zjawił się tu lekarz lub położna, obowiązkiem faceta jest dostarczyć przesyłkę w 30 sekund. Wyciągnąć za włosy położną z toalety lub porwać lekarza z innego oddziału. W sprincie liczą się szybkie efekty.
  • Nie pieprzyć i nie słodzić. Widząc spoconą ukochaną z przetłuszczonymi włosami, nie pieprzyć banialuk, że pięknie wygląda. Słodzenie o wspaniałości, sile i męskim podziwie dla jej też jest nie na miejscu. W obu przypadkach może się to skończyć soczystym bluzgiem wymierzonym między oczy faceta.
  • Nie interesować się! Czym? Wszystkim! Nie rozglądać się, nie gapić, nie próbować dociekać „dlaczego tak masz” i „do czego służy to urządzenie?„. Od momentu wejścia na oddział pełne skupienie tylko na partnerce i wzrok wbity w podłogę. Niechcący można zobaczyć coś, czego nie da się odwidzieć. Albo, co gorsza, ona zobaczy, że partner coś zobaczył i wtedy masakra na całego.
  • Służyć ramieniem. Facet ma być jak biała laska dla Stevie Wondera czy wózek elektryczny dla Stephena Hawkinga. Niczym więcej jak organicznym narzędziem, które ma pomóc czasowo niedomagającej kobiecie dostać się do łazienki lub wydostać z wanny.
  • Trzymać (nie tylko) łapy przy sobie. W oczekiwaniu na pełne rozwarcie facet nieproszony nie mizia po ręce, nie daje całusów, nie zaplata warkoczy. Może wczoraj to uwielbiała, ale dziś rozdrażniona głowę urwie za mazanie ją paluchem.

Przed porodem warto z porozmawiać. Ustalić pewne proste zasady, by nie było niedomówień i niepotrzebnych nerwów w szpitalu. Wszystkiego nie da się przewidzieć i zaplanować, ale jeżeli poznasz choćby kierunek, unikniesz uchylania się  przed rzuconą w Twoją stronę metalową kaczką. Powodzenia!

Ile kosztowały nas ciąża i poród?

Zgodnie z warszawskim trendem należy obsypać deszczem złotych monet lekarza prowadzącego ciążę, szpital, położną. Opłacić ludzi i wykupić dodatkowe usługi, aby poród był czystą przyjemnością. 

Wpis jest uzupełnieniem tekstu: Ile kosztuje ciąża i poród w Warszawie?

Lekarz

Naszą ciążę prowadził lekarz pełniący „posługę” w ustawowych godzinach pracy. Młody, sympatyczny gość z nowoczesnym podejściem do tematu. Nie zaklinał deszczu, nie odprawiał modlitw, nie faszerował żony górą witamin. Zalecił przewidziane w karcie ciąży badania, dużo odpoczynku i jeszcze więcej uśmiechu.

Dla żony było to cudowne 9 miesięcy. Uśmiechnięta od ucha do ucha spacerowała całymi dniami z psem po parkach, bujała się na hamakach czytając książki lub plażowała nad Wisłą w towarzystwie dietetycznych przekąsek. Żaden szarlatan w kitlu nie próbował zakłócić jej szczęścia. A to przepięknie rosło proporcjonalnie do brzucha. Rachunek za ciążę: 0 złotych.

Szpital

Cud narodzin dokonał się w publicznym szpitalu. Choć wyglądał jak prywatna klinika ze wszelkimi udogodnieniami. Ładna, przestronna sala porodowa z prysznicem i wanną. Piłki, drabinki i inszy sprzęt do relaksu. Znalazło się też miejsce z fotelem i stolikiem kawowym dla zestresowanego tatuśka. Sale na oddziale poporodowym były zadbane i przyjemne; 2-osobowe z toaletami. Warunki na piątkę z wielkim plusem.

Oczekując na pełne rozwarcie dreptaliśmy po sali, opowiadałem dowcipy, czytałem jakieś babskie pisemka. Żona poskakała na gumowej piłce, a potem zainstalowałem ją w wannie serwując relaksującą kąpiel. Po 4. godzinach od wejścia na oddział Hanka była już z nami. I nie opuściła przez cały pobyt w szpitalu. Gdy późnym wieczorem wychodziłem, mała spała wtulona w żonę. Gdy przychodziłem rano, dziewczyny poznawały się i bawiły. Niczego im nie brakowało. Rachunek za szpital: 0 złotych

Opieka

Konkretna. Miła, troskliwa i konkretna. Na porodówce pełne zrozumienie dla sytuacji rodzącej, duża empatia, odrobina humoru, ale i konkretne działania. Kiedy rodzimy to rodzimy – widać maleństwo, więc nie ma przebacz. Na oddziale poporodowym podobnie – zdrowy balans między opieką nad mamą, a nauką samodzielności.

Nasz poród nie należał do najłatwiejszych [o tym w innym wpisie], ale dzięki położnym stał się doświadczeniem, które oboje wspaniale wspominamy. Pani Asia potrafiła zrelaksować żonę i rozbawić, a gdy zaczęło się – była konkretna i naprawdę profesjonalna. W każdej sytuacji cudownie energiczna i tak bliska, jak ulubiona ciocia. W ojcowskim szaleństwie, poleciałem nawet do przełożonej zapytać, czy można po ciężkim porodzie dokupić extra kameralną salę. Konkretna szefowa położnych spojrzała na mnie z politowaniem: „niech pan trzyma pieniądze na pieluchy, a nie na głupoty wydaje! Tu będzie miała najlepszą opiekę, a nie w płatnym skrzydle szpitala”. Rachunek za opiekę: 0 złotych.

Ile kosztuje ciąża i poród w Warszawie?


Początek jest niepozorny – kupujesz dwa testy ciążowe za 20 złociszy. Jeżeli wskażą, że będziesz mamą, Twoje wydatki szybko wzrosną. Czym prędzej udaj się do placówki banku po szybką pożyczkę. Będziesz potrzebować góry pieniędzy!

Dziwne, że żaden z banków nie wpadł na pomysł, aby stworzyć ofertę i reklamę skierowaną do par spodziewających się dziecka. Doskonale wpisałaby się w wielkomiejską modę na szastanie hajsem na prawo i lewo. Wszystko dla dobra matki i dziecka. Naprawdę?

Rachunek nr 1: lekarz prowadzący ciążę. Nie publiczny i nie byle jaki. Tylko prywatny, polecony, najlepiej z efektownym tytułem przed nazwiskiem. Rekomendowany ordynator lub profesor. Nawet jeżeli przyjmuje w publicznym szpitalu, trzeba koniecznie zapisać się po godzinach. Tylko taka persona poprowadzi ciąże tak, że dziecko z radości samo wyskoczy z łona, a na oddziale- na dźwięk nazwiska lekarza prowadzącego – pielęgniarki wyhaftują na poduszce młodej mamy jej inicjały.

Warto pamiętać o badaniach; sprawdzać coś przynajmniej raz w tygodniu, przez min. 30 tygodni. W myśl zasady „im więcej, tym lepiej”. Prywatny pan doktor na pewno sporo zleci, a rezolutna ciężarna dorzuci od siebie pakiet dodatkowy, inspirowany internetem i doświadczeniami koleżanek.

Rachunek nr 2: szpital. Jakość szpitala określa się na podstawie czytelności cennika i ilości pozycji jakie obejmuje. W prywatnych placówkach sprawa jest prosta, bo płaci się od początku do końca za wszystko. W publicznych jest trudniej. Wiadomo, że po wejściu trzeba zapłacić za szatnię [2PLN]. A co dalej? Człowiek w bólach oczekuje, że szpital zatroszczy się godziwie, czyli za pieniądze. Wykupienie znieczulenia, miłej położnej oraz kameralnego [1- lub 2-osobowego] pokoju to niezbędne minimum. Szpital publiczny oferujący te usługi w standardzie, za darmo, powinien wzbudzić podejrzliwość.

Rachunek nr 3: położna. Opłacona położna to gwarancja, że poród będzie łatwy, dziecko dostanie 10 w skali Apgar, a zza chmur wyjdzie słońce. Taka położna będzie warować przy ciężarnej jak Owczarek Niemiecki, weźmie na siebie ciężar parcia, a w razie potrzeby wychowa dziecko jak swoje.

Jak coś ma się udać, to musi być dobrej jakości. A jak coś jest dobrej jakości, to musi kosztować. Słono kosztować. Więc jak nie zapłacisz, to nie urodzisz. 

Wkrótce drugi tekst: Ile NAS kosztowała ciąża i poród.

Wybieramy wózek dla Hanki

Uwaga, to nie jest tekst poradnikowy. To raczej opis krętych dróg, jakimi podążaliśmy, by zdobyć pierwszą furę dla Hanki.

Zaczęliśmy od lansu! W zaawansowanej ciąży „pogalopowaliśmy” spacerkiem do pobliskiego sklepu na Powiślu. To mekka dobrego stylu, z którego celebrytki wynoszą mebelki, wózki, akcesoria i dodatki całymi paletami. A nie jest to tani sport. W takim miejscu łatwo o oczopląs i uzależnienie. Po kwadransie oglądania, żona zakochała się w markowym wózku. Dla niej był piękny, dla mnie niewart swojej ceny. Dla niej był kompaktowy, dla mnie za mały. Dla niej był modny, dla mnie przestylizowany. Ona już widziała w nim Hankę, ja widziałem w nim cenę z kosmosu. Po negocjacjach, z bólem serca odstawiła go na bok. Stał się alternatywą za około trzy pensje minimalne.

Wózek jak volkswagen. Aby znaleźć wózek dla ludu [czytaj: w rozsądnej cenie] wybraliśmy się do dwóch dużych warszawskich sklepów. W pierwszym spędziliśmy ponad godzinę, gdyż trafiliśmy na prawdziwą perłę: cudnej urody wózek w stylu retro. Gondolka i spacerówka wykończone pięknym materiałem i obszyciami, a do tego te wielkie „koła na resorach”. Jakby żywcem skradziony z Parku Kensington księciu Williamowi i jego Kaśce. Złożyłem go, prawie bez problemów upchałem w bagażniku sedana i od razu chciałem płacić. Ale postanowiliśmy dać szansę drugiemu sklepowi. Tam też był retro wózek, nie tak ładny jak nasz, ale był. Tyle że sprzedawca dorzucił do niego jeszcze ciężarek. Nieznaczące 8kg symulujące dziecko: teraz sobie państwo pomanewrują. No i czar prysł. Retro wózek zyskał oznaczenie alternatywa dla markowej alternatywy.

A może używka? W mamusiowej grupie na fejsbuku żona znalazła ogłoszenie „sprzedam wuzek”. (Może wymieni go na słownik ortograficzny?- pomyślałem). Do ogłoszenia dołączone foty –  nówka sztuka nieśmigana, w biedronkowej cenie. Bomba! Pojechaliśmy go obejrzeć. Nawigacja poprowadziła mnie w najmroczniejsze zakamarki warszawskiej Pragi. Weszliśmy z ciemną bramę, a potem na dziedziniec- klepisko otoczone wysokimi kamienicami pomazanymi farbą i z powybijanymi oknami. Gdzieniegdzie szybę zastępowało prześcieradło lub deski zbite na krzyż. Trudno było znaleźć klatkę nr 2, gdy wszystkie nie miały nawet drzwi. Pod ścianą na drucianych krzesłach siedziała grupa kilkunastu mężczyzn. W milczeniu lustrowali nas wzrokiem. Żona wypięła ciążowy brzuch do przodu – forma pokazania lokalsom pokojowego celu naszej wizyty.

Właścicielką wózka okazała się nastoletnia matka. Mieszkała z dzieckiem, swoją mamą oraz dwójką rodzeństwa – cztery osoby plus noworodek na 16 metrach kwadratowych. Piętrowe łóżka, pożółkłe firany, zapach starej frytury, 55-calowa plazma na ścianie z dudniącym PoloTV i nowiuteńki wózek 3w1. Niby kupiony w sklepie, ale gdzieś zapodział się paragon. Niby mają drugi, więc z tego nie korzystali prawie w ogóle. Niby prawie w ogóle, a właścicielka nie potrafiła pokazać, jak odłączyć gondolę. Ten wózek nie trafił na naszą listę alternatyw.

Po kilku tygodniach przeczesywania internetu grzebieniem znaleźliśmy nasz wózek. Normalny wózek od normalnych ludzi w normalnej cenie. W doskonałym stanie.

Tekstu nie sponsoruje żadna marka. 

Cudowne życie #instamatek

Twierdzenie, że bycie mamą to praca na pełen etat nie uwzględniało Instagrama. Tam wiele #instamam haruje w pocie czoła, wyrabiając kolejne godziny nadliczbowe. A ja je szczerze podziwiam! I nieustannie zachodzę w głowę, jak one to robią…

Jak one to robią, że zasłonka w pokoju malucha, bukiet kwiatów, body dziecka, jego ręcznie szyta maskotka i paznokcie u ich stóp mamy mają ten sam kolor.

Jak one to robią, że zamiast dresu zaplutego jakąś kaszkowatą breją, w domu krzątają się w zwiewnych sukienkach koktajlowych i kobiecych szpilkach.

Jak one to robią, że mimo nieprzespanych nocy, całodobowej opieki, kolek, ząbkowania, ich fryzury są nienaganne, uśmiech szeroki, a cera jak u nastolatki.

Jak one to robią, że ich dzieci nieustannie śpią w ciągu dnia. Wtulone w kilkanaście markowych produktów wyglądają jak aniołki.

Jak one to robią, że mają czas tworzyć na śnieżnobiałym prześcieradle drobiazgowo dopracowane kompozycje złożone z własnych nóg oraz kosmetyków nadesłanych przez sponsorów.

Jak one to robią, że każde ich zdjęcie doskonale opowiada historię i nie wymaga opisu. Dzięki temu mają jeszcze więcej przestrzeni na hashtagi.

Jak one to robią, że między wiszącymi na ścianach angielskimi sentencjami o miłości i rodzinie, nie ma dziecięcych bazgrołów wykonanych kredkami. Zawsze i wszędzie panuje porządek, a na podłodze z olejowanych desek nie ma zabawkowego burdelu.

Jak one to robią, że każdego dnia na spacerze śledzi je profesjonalny paparazzi, który uchwyci najpiękniejsze momenty mamy i maleństwa w bardzo naturalnych, niepozowanych sytuacjach.

Jak one to robią, że będąc tak aktywnymi mamami, wciąż mają czas i energię by współpracować z markami, o co zabiegają z niezwykłym zaangażowaniem.

Jak one to robią, że u nich zawsze świeci słońce.

Chętnie pokazałbym kilka profili instamatek i rzucił wyzwanie mojej żonie, ale w rewanżu ona rzuciłaby mi zapewne soczystą wiązankę. Tak więc pozostaje mi obserwować u innych to wielkie szczęście z dodatkiem filtrów. I mocno im kibicować. Naprawdę podziwiam zaangażowanie, z jakim dzielą się w wirtualnym świecie swoim życiem. Prawdziwym życiem.

Ciężarna szaleje w internecie!

Moja mama spędziła ciążę na kanapie. Moja żona w internecie. W ciągu kilku miesięcy zmieniła siebie i nasz dom.

Podobno do niedawna na świecie żyły cztery kobiety, które nigdy nie zrobiły zakupów w sieci. Jedną z nich była moja małżowina. Wolała to co realne i namacalne, co od razu widać jak leży. Jednak rosnący brzuszek zaczął uniemożliwiać zakupowej lisicy błyskawiczne przemieszczanie się między kolejnymi butikami, spędzanie kwadransów w przymierzalni i dźwigania toreb z trofeami. A każdego dnia pojawiały się nowe, nieznane wyzwania. Pierwsze: stanik ciążowy. Gdzie to do cholery dostać? Z pomocą przyszedł sklep internetowy.

Pierwszy stanik ciążowy o rozmiarach wigwamu stał się przełomem. Zakupy w internecie są fajne! Wkrótce w domu pojawiło się więcej staników, które ułożone obok siebie, wyglądały jak pole namiotowe podczas Przystanku Woodstock. Nie wiem kiedy rozpętało się prawdziwe zakupowe szaleństwo. Między codziennymi długimi spacerami, gotowaniem dietetycznych posiłków [uzupełnianych zachciankami], treningami i fitnessem dla mam, niezliczonymi spotkaniami towarzyskimi, hurtowym pochłanianiem książek oraz poradników, zawsze znajdowała czas na myszkowanie w sieci. W pewnym momencie wizyty kurierskie były tak częste, że nie dało się zamknąć drzwi. A niektórzy bywali tak często, że z powodzeniem mogliby prosić o meldunek pod naszym adresem.

Gdy już wszystko, co dotyczyło mody, zdrowia i uroda dla mamy oraz dziecka zostało dostarczone, żona weszła na kolejny poziom – odkryła OLX!

Wiesz, czym jest syndrom wicia gniazda? To niepohamowana potrzeba remontowania, sprzątania, meblowania, ogólnie zmian w przestrzeni wokół ciężarnej. To naprawdę działa. Wychodząc do pracy zauważyłem, że nie ma biurka i fotela, na którym pracowałem dzień wcześniej. Po powrocie z pracy stało nowe. Sukces pierwszej transakcji zachęcił ją to pozbycia się potężnego regału, komody, narożnika, stołu z jadalni, kilku krzeseł, stolika kawowego z salonu i paru innych rzeczy. Oczywiście kreatywność ciężarnej nie znosi próżni, tak więc na każdym miejscu po starym meblu stanął nowy, oczywiście z internetu. I wcale nie miała zamiaru przestać – niczym weterynarz dokonujący inwentaryzacji chorej trzody, wciąż chodziła po pokojach szukając mebli, które można wybić!

Dwa tygodnie przed porodem zauważyła, że nad drzwiami do pokoju Hani tynk odchodzi od ściany. Warto byłoby poprawić ten niewielki kawałeczek – stwierdziła, a ja nauczony doświadczeniem zignorowałem uwagę. Więc zamówiła co trzeba, po czym wdrapała się na taboret ze szpachlą w dłoni i zamiarem rozprawienia się z defektem ściany. Zrobiłaby to, gdyby nie zadyszka i moje niespodziewane pojawienie się. Naprawiłem więc ścianę nad framugą i pomalowałem do winkla. A skoro byłem już odpowiednio ubrany i trzymałem w rękach wałek… Tak, pomalowałem jeszcze pół mieszkania.

Na szczęście wkrótce potem urodziła się Hania i nasze życie wróciło do normy.


Drogi Kolego,

Pamiętaj, internet w rękach ciężarnej jest potężnym narzędziem do siania chaosu w Twoim życiu codziennym. Jeżeli możesz, czym prędzej zawieś umowę z dostawcą na czas ciąży. Albo spróbuj jakoś spowolnić łącze, zablokować strony sklepów internetowych, w ostateczności zepsuj jej telefon. Powodzenia!

5 miejsc, które kochają kobiety

6 sposobów na grypę, 12 trendów na wiosnę, 15 rzeczy, których nie wiesz o swoim facecie, 4 powody, by powiedzieć TAK, 5 powodów, by powiedzieć NIE. Kobiece pisemka i babski internet kochają wyliczanki! A to moja odpowiedź na poradnikowo-ciekawostkowe dyrdymały.

5 miejsc na ciele mężczyzny, które kochają kobiety.

Poradnik dla mężczyzn.

Dłonie. Najważniejsze, żeby były dwie i żadna z nich nie była lewa. Tylko dwie prawe dłonie pociągają kobiety. Takie ręce doskonale operują przy kolanku, gdy zapcha się rura pod zlewem, do perfekcji opanowały francuza [to taki duży klucz], bez instrukcji składają szafki z Ikei. A po skończonej robocie, zrobią masaż zmęczonych kobiecym plecom. Ideał: Adam Słodowy

Oczy. Tu, w odróżnieniu od dłoni, nie jest wymagany komplet. Wystarczy jedno. Jeżeli jednak partner posiada pełne wyposażenie, ważne by odpowiednio go używał. Dobrze, gdy mężczyzna nieustanie mruży oczy, dzięki czemu nie zauważa przechodzących obok innych kobiet oraz przychodzących do domu kurierów z kieckami ze sklepów internetowych. Ideał: Stevie Wonder.

Potylica. W zasadzie piszczele i potylica. To połączenie może wydawać się dziwne, a tymczasem to jedno z najczęściej artykułowanych przez kobiety miejsc na ciele mężczyzny. Nie ma dnia, by nie padło z jej ust magiczne: jak cię zaraz pi*** … szczele w ten pusty łeb!. Mężczyzna powinien mieć głowę na karku i mocną potylicę, aby znosić z radością razy ukochanej. Ideał: Mariusz Pudzianowski.

Pośladek. Nie dwa, a jeden. Ale za to ten szczególny! To do niego mocno przylega włożony do tylnej kieszeni portfel mężczyzny. Może i lekko odkształcony przez ciągłe uciskanie, może trochę mniej jędrny, ale za to tak bliski karcie kredytowej i kobiecemu sercu. Ideał: pan Wittchen.

Penis. Yyyy… tu nie mam pomysłu, brak argumentacji. Obiecałem „5 miejsc”, więc muszę czymś uzupełnić listę. I stąd ta… zapchajdziura :) Ideał: „nie musi być duży, ważne by był gruby i długi„.