Rodzinna podróż samochodem

Zapraszam w podróż do męskiego świata. Świata, w którym auto to świętość, a wszyscy podróżujący nim muszą dostosować się do jego wyjątkowo rygorystycznego regulaminu. Proszę zapiąć pasy i jazda!

Ja za kierownicą, żona na fotelu pasażera, tylna kanapa pusta. Tak było przez wiele lat i wiele tysięcy kilometrów. Wtedy reguły były bardzo proste i jasne – samochód do sanktuarium, w którym nie je się i nie pije. W razie głodu lub pragnienia, robi się postój w cywilizowanym miejscu, gdzie możemy uzupełnić braki. W deszczowy lub śnieżny dzień przed wejściem do auta otrzepuje się buty. Bagaże nie jeżdżą w aucie, a w dedykowanym schronie atomowym – czyli bagażniku. W trakcie podróży śmietki pakuje się do swojej kieszeni lub popielniczki, którą opróżnia się wraz zakończeniem podróży. Mimo że w aucie jest popielniczka, obowiązuje bezwzględny zakaz palenia. Za to można wypaść z auta przez otwarte drzwi przy dużej prędkości. Jeżeli regulamin był przestrzegany, podróż stawała się czystą przyjemnością.

Związek frazeologiczny „czysta przyjemność” jest nieprzypadkowy. Dbanie o olśniewający wygląd wszystkich posiadanych aut było moim konikiem. Regularnie co dwa tygodnie jeździłem w południe na myjnię, wracałem późnym wieczorem. Godzinami myłem, szorowałem, polerowałem, nabłyszczałem. Niejedna żona mogłaby podejrzewać faceta o zdradę, tymczasem moją bardzo to bawiło: szczególnie, gdy pewnego razu wróciłem półnagi. Akurat nie miałem czystej, miękkiej szmatki do wypolerowania maski, więc zdjąłem koszulkę i dokończyłem pracę. Samochód błyszczał od wosku, moja klata od potu:). Sprzątanie i mycie naprawdę działało terapeutycznie. Taka pasja, cóż poradzić.

Ja za kierownicą, żona na fotelu pasażera, pies i dziecko na tylnej kanapie. W trakcie długiej podróży żona wystawia mnie na próbę – niepostrzeżenie wyciąga opakowanie marchewek i zerka ukradkiem w moją stronę. Jak zareaguję na szelest torebki? Bez emocji. Jako tatuś wyjątkowo aktywnej dwójki musiałem zmierzyć się z nowym wyzwaniem – totalną demolką auta. Choć pies ma swoje miejsce, specjalna matę i pasy bezpieczeństwa, to w zimowe lub deszczowe dni znaczy wszystkie element wnętrza. Mokrym nosem tworzy sztukę na bocznej szybie. Łapami ćwiczy stepowanie na fotelach, oparciach, drzwiach. I jestem pewien, że robi to celowo. Córa, która niby grzecznie w foteliku siedzi też ma swoje za uszkami. Bo skąd w bagażniku znalazła się wywrotka piasku lub śniegu? Ano z wózka, który trzeba za każdym razem składać i upychać. Nic nie wygląda tak, jak kiedyś. Czarna skórzana tapicerka pokryta jest grubą warstwą brudu, ze wszystkich schowków wystają papiery, kubki, puste opakowania. A z sufitu niemalże zwisają sople soli, którą posypywane są chodniki. Nie ma reguł, nie ma zasad, nie ma choćby centymetra niezagospodarowanej śmieciami powierzchni. Na szczęście pozostaje myśl, że kiedyś moje auto znów odzyska status sanktuarium. Za jedyne 17.5 roku…20180207_082038-01

Domowy ranking wstydu 2017

„Damy bąków nie puszczają” – od zawsze powtarzała żona. A mnie to pasowało. Dzięki temu przez wiele lat rządziłem niepodzielnie jako król wszystkiego co paskudne, obleśne i niestosowne.

Nikt mojej władzy nie mógł zaszkodzić. Do czasu. Pojawił się pies, potem córa i nagle okazało się, że moje notowania znacząco spadły. Wygranie z płaskim pyskiem Boston Terriera na donośność chrapania okazało się niemożliwe. Tak jak z córą w trakcie odbijania po mlecznym posiłku. Teraz, gdy Hanka ma prawie 5 miesięcy, doszła kolejna umiejętność – puszczanie… motylków. O mój Jezuniu kochany, to dopiero doświadczenie! Mocne przeżycie, które potrafi zwalić z nóg rosłego faceta. Razi jak piorunem, paraliżuje mięśnie twarzy, doprowadza do łez. Jest w tym totalnie bezwzględna. Mała robi to donośnie, pies cicho. Oboje bardzo, bardzo treściwie. Mam obawy przed rodzinnym wypadem do Wrocławia- może skończyć się nagłym zatrzymaniem pojazdu na pasie awaryjnym autostrady z powodu omdlenia kierowcy…

Zrzut ekranu 2018-03-05 o 16.47.20

Jak wylaszczyć partnerkę

Dziecko wiele zmienia w życiu kobiety. Nie tylko wpływa na jej harmonogram dnia, ale i biodra, piersi, uda, pośladki. Bądź dobrym partnerem, pomóż swojej pani osiągnąć zadowolenie i dobrą formę. To naprawdę proste!

Krok 1. Obniż poziom stresu partnerki. Po pierwsze wyrzucając wszystkie kolorowe pisemka, po drugie zmieniając hasło na jej Instagramie i Facebooku. Dzięki temu nie dowie się, że po porodzie Anna Lewandowska wróciła do formy w miesiąc, Natalia Siwiec w 3 tygodnie, a Marcela Leszczak [partnerka Miśka Koterskiego] w kilka dni. Bez głodowych diet, skalpela i chudotwórcy. Samo wsiąkło.

Krok 2. Załatw partnerce najlepszego trenera! Nie daj się wciągnąć w babską politykę – „jesteś za Chodakowską czy Lewandowską?” Po którejkolwiek stronie staniesz i tak będzie źle. Nie oceniaj jakości oferty po liczbie lajków, bo niechcący Deynna i Majewskiego [taki męski duet na równi pochyłej] polecisz partnerce! Zamiast marketingu, wybierz konkret, czyli trenera z jajami [czytaj: mężczyznę]. Takiego jak Dziki Trener, który wali prosto między cyce co i jak.

Albo takiego jak Qczaj, uroczy mikrusek z bombową energią, który podskakuje jak sprężyna i nieustannie dokazuje po góralsku.

Krok 3. Dźwigaj za mamę słodki ciężar. Urwij się wcześniej z pracy w dniu jej treningu i przejmij malucha. Partnerka zyska godzinę czasu dla siebie. Pod żadnym pozorem nie pozwól, by wykorzystała to na odsypianie. To czas ciężkiej pracy! Ona pomacha nóżką dla zdrowotności, Ty rozwiniesz bezcenną więź z dzieckiem. Wszyscy będziecie wygrani.

Mój autorski progam wylaszczania partnerek w 3 krokach osiąga spektakularne rezultaty. Dowodzą tego badania naukowe prowadzone od niemal 4 miesięcy w moim salonie. Brzucha brak, nogi do nieba i szeroki uśmiech od ucha do … dupy. Powodzenia! 

 

Czy facet powinien być przy porodzie?

Odpowiedź: TAK.
Koniec wpisu.


Uzupełnienie.

Rola faceta podczas porodu:

  • Być i milczeć. Sama obecność faceta daje wiele partnerce. A milczenie jeszcze więcej. Facet nieproszony, nie zabiera głosu. Nie ma nic gorszego, niż natręt, który co chwila pyta, czy coś podać, czy boli, czy poprawić poduszkę, jak się czuje, o czym myśli, co na obiad. Albo po prostu gada. Za gadulstwo na porodówce idzie się do piekła!
  • Słuchać i wykonywać. Wszystko, o co partnerka poprosi. Każe opowiedzieć żart, facet opowiada żart życia z zajebistą puentą. Każe otworzyć okno, facet otwiera. A jak się nie da, to wybija szybę głową. Każe przynieść wodę, facet przynosi. Tylko bez głupich numerów w stylu: „Kochanie, wolisz Żywiec Zdrój czy Kroplę Beskidu? Pół litra czy więcej?
  • Szybko biegać. Jeżeli partnerka zażąda, aby zjawił się tu lekarz lub położna, obowiązkiem faceta jest dostarczyć przesyłkę w 30 sekund. Wyciągnąć za włosy położną z toalety lub porwać lekarza z innego oddziału. W sprincie liczą się szybkie efekty.
  • Nie pieprzyć i nie słodzić. Widząc spoconą ukochaną z przetłuszczonymi włosami, nie pieprzyć banialuk, że pięknie wygląda. Słodzenie o wspaniałości, sile i męskim podziwie dla jej też jest nie na miejscu. W obu przypadkach może się to skończyć soczystym bluzgiem wymierzonym między oczy faceta.
  • Nie interesować się! Czym? Wszystkim! Nie rozglądać się, nie gapić, nie próbować dociekać „dlaczego tak masz” i „do czego służy to urządzenie?„. Od momentu wejścia na oddział pełne skupienie tylko na partnerce i wzrok wbity w podłogę. Niechcący można zobaczyć coś, czego nie da się odwidzieć. Albo, co gorsza, ona zobaczy, że partner coś zobaczył i wtedy masakra na całego.
  • Służyć ramieniem. Facet ma być jak biała laska dla Stevie Wondera czy wózek elektryczny dla Stephena Hawkinga. Niczym więcej jak organicznym narzędziem, które ma pomóc czasowo niedomagającej kobiecie dostać się do łazienki lub wydostać z wanny.
  • Trzymać (nie tylko) łapy przy sobie. W oczekiwaniu na pełne rozwarcie facet nieproszony nie mizia po ręce, nie daje całusów, nie zaplata warkoczy. Może wczoraj to uwielbiała, ale dziś rozdrażniona głowę urwie za mazanie ją paluchem.

Przed porodem warto z porozmawiać. Ustalić pewne proste zasady, by nie było niedomówień i niepotrzebnych nerwów w szpitalu. Wszystkiego nie da się przewidzieć i zaplanować, ale jeżeli poznasz choćby kierunek, unikniesz uchylania się  przed rzuconą w Twoją stronę metalową kaczką. Powodzenia!

Cudowne życie #instamatek

Twierdzenie, że bycie mamą to praca na pełen etat nie uwzględniało Instagrama. Tam wiele #instamam haruje w pocie czoła, wyrabiając kolejne godziny nadliczbowe. A ja je szczerze podziwiam! I nieustannie zachodzę w głowę, jak one to robią…

Jak one to robią, że zasłonka w pokoju malucha, bukiet kwiatów, body dziecka, jego ręcznie szyta maskotka i paznokcie u ich stóp mamy mają ten sam kolor.

Jak one to robią, że zamiast dresu zaplutego jakąś kaszkowatą breją, w domu krzątają się w zwiewnych sukienkach koktajlowych i kobiecych szpilkach.

Jak one to robią, że mimo nieprzespanych nocy, całodobowej opieki, kolek, ząbkowania, ich fryzury są nienaganne, uśmiech szeroki, a cera jak u nastolatki.

Jak one to robią, że ich dzieci nieustannie śpią w ciągu dnia. Wtulone w kilkanaście markowych produktów wyglądają jak aniołki.

Jak one to robią, że mają czas tworzyć na śnieżnobiałym prześcieradle drobiazgowo dopracowane kompozycje złożone z własnych nóg oraz kosmetyków nadesłanych przez sponsorów.

Jak one to robią, że każde ich zdjęcie doskonale opowiada historię i nie wymaga opisu. Dzięki temu mają jeszcze więcej przestrzeni na hashtagi.

Jak one to robią, że między wiszącymi na ścianach angielskimi sentencjami o miłości i rodzinie, nie ma dziecięcych bazgrołów wykonanych kredkami. Zawsze i wszędzie panuje porządek, a na podłodze z olejowanych desek nie ma zabawkowego burdelu.

Jak one to robią, że każdego dnia na spacerze śledzi je profesjonalny paparazzi, który uchwyci najpiękniejsze momenty mamy i maleństwa w bardzo naturalnych, niepozowanych sytuacjach.

Jak one to robią, że będąc tak aktywnymi mamami, wciąż mają czas i energię by współpracować z markami, o co zabiegają z niezwykłym zaangażowaniem.

Jak one to robią, że u nich zawsze świeci słońce.

Chętnie pokazałbym kilka profili instamatek i rzucił wyzwanie mojej żonie, ale w rewanżu ona rzuciłaby mi zapewne soczystą wiązankę. Tak więc pozostaje mi obserwować u innych to wielkie szczęście z dodatkiem filtrów. I mocno im kibicować. Naprawdę podziwiam zaangażowanie, z jakim dzielą się w wirtualnym świecie swoim życiem. Prawdziwym życiem.

Ciężarna szaleje w internecie!

Moja mama spędziła ciążę na kanapie. Moja żona w internecie. W ciągu kilku miesięcy zmieniła siebie i nasz dom.

Podobno do niedawna na świecie żyły cztery kobiety, które nigdy nie zrobiły zakupów w sieci. Jedną z nich była moja małżowina. Wolała to co realne i namacalne, co od razu widać jak leży. Jednak rosnący brzuszek zaczął uniemożliwiać zakupowej lisicy błyskawiczne przemieszczanie się między kolejnymi butikami, spędzanie kwadransów w przymierzalni i dźwigania toreb z trofeami. A każdego dnia pojawiały się nowe, nieznane wyzwania. Pierwsze: stanik ciążowy. Gdzie to do cholery dostać? Z pomocą przyszedł sklep internetowy.

Pierwszy stanik ciążowy o rozmiarach wigwamu stał się przełomem. Zakupy w internecie są fajne! Wkrótce w domu pojawiło się więcej staników, które ułożone obok siebie, wyglądały jak pole namiotowe podczas Przystanku Woodstock. Nie wiem kiedy rozpętało się prawdziwe zakupowe szaleństwo. Między codziennymi długimi spacerami, gotowaniem dietetycznych posiłków [uzupełnianych zachciankami], treningami i fitnessem dla mam, niezliczonymi spotkaniami towarzyskimi, hurtowym pochłanianiem książek oraz poradników, zawsze znajdowała czas na myszkowanie w sieci. W pewnym momencie wizyty kurierskie były tak częste, że nie dało się zamknąć drzwi. A niektórzy bywali tak często, że z powodzeniem mogliby prosić o meldunek pod naszym adresem.

Gdy już wszystko, co dotyczyło mody, zdrowia i uroda dla mamy oraz dziecka zostało dostarczone, żona weszła na kolejny poziom – odkryła OLX!

Wiesz, czym jest syndrom wicia gniazda? To niepohamowana potrzeba remontowania, sprzątania, meblowania, ogólnie zmian w przestrzeni wokół ciężarnej. To naprawdę działa. Wychodząc do pracy zauważyłem, że nie ma biurka i fotela, na którym pracowałem dzień wcześniej. Po powrocie z pracy stało nowe. Sukces pierwszej transakcji zachęcił ją to pozbycia się potężnego regału, komody, narożnika, stołu z jadalni, kilku krzeseł, stolika kawowego z salonu i paru innych rzeczy. Oczywiście kreatywność ciężarnej nie znosi próżni, tak więc na każdym miejscu po starym meblu stanął nowy, oczywiście z internetu. I wcale nie miała zamiaru przestać – niczym weterynarz dokonujący inwentaryzacji chorej trzody, wciąż chodziła po pokojach szukając mebli, które można wybić!

Dwa tygodnie przed porodem zauważyła, że nad drzwiami do pokoju Hani tynk odchodzi od ściany. Warto byłoby poprawić ten niewielki kawałeczek – stwierdziła, a ja nauczony doświadczeniem zignorowałem uwagę. Więc zamówiła co trzeba, po czym wdrapała się na taboret ze szpachlą w dłoni i zamiarem rozprawienia się z defektem ściany. Zrobiłaby to, gdyby nie zadyszka i moje niespodziewane pojawienie się. Naprawiłem więc ścianę nad framugą i pomalowałem do winkla. A skoro byłem już odpowiednio ubrany i trzymałem w rękach wałek… Tak, pomalowałem jeszcze pół mieszkania.

Na szczęście wkrótce potem urodziła się Hania i nasze życie wróciło do normy.


Drogi Kolego,

Pamiętaj, internet w rękach ciężarnej jest potężnym narzędziem do siania chaosu w Twoim życiu codziennym. Jeżeli możesz, czym prędzej zawieś umowę z dostawcą na czas ciąży. Albo spróbuj jakoś spowolnić łącze, zablokować strony sklepów internetowych, w ostateczności zepsuj jej telefon. Powodzenia!

5 miejsc, które kochają kobiety

6 sposobów na grypę, 12 trendów na wiosnę, 15 rzeczy, których nie wiesz o swoim facecie, 4 powody, by powiedzieć TAK, 5 powodów, by powiedzieć NIE. Kobiece pisemka i babski internet kochają wyliczanki! A to moja odpowiedź na poradnikowo-ciekawostkowe dyrdymały.

5 miejsc na ciele mężczyzny, które kochają kobiety.

Poradnik dla mężczyzn.

Dłonie. Najważniejsze, żeby były dwie i żadna z nich nie była lewa. Tylko dwie prawe dłonie pociągają kobiety. Takie ręce doskonale operują przy kolanku, gdy zapcha się rura pod zlewem, do perfekcji opanowały francuza [to taki duży klucz], bez instrukcji składają szafki z Ikei. A po skończonej robocie, zrobią masaż zmęczonych kobiecym plecom. Ideał: Adam Słodowy

Oczy. Tu, w odróżnieniu od dłoni, nie jest wymagany komplet. Wystarczy jedno. Jeżeli jednak partner posiada pełne wyposażenie, ważne by odpowiednio go używał. Dobrze, gdy mężczyzna nieustanie mruży oczy, dzięki czemu nie zauważa przechodzących obok innych kobiet oraz przychodzących do domu kurierów z kieckami ze sklepów internetowych. Ideał: Stevie Wonder.

Potylica. W zasadzie piszczele i potylica. To połączenie może wydawać się dziwne, a tymczasem to jedno z najczęściej artykułowanych przez kobiety miejsc na ciele mężczyzny. Nie ma dnia, by nie padło z jej ust magiczne: jak cię zaraz pi*** … szczele w ten pusty łeb!. Mężczyzna powinien mieć głowę na karku i mocną potylicę, aby znosić z radością razy ukochanej. Ideał: Mariusz Pudzianowski.

Pośladek. Nie dwa, a jeden. Ale za to ten szczególny! To do niego mocno przylega włożony do tylnej kieszeni portfel mężczyzny. Może i lekko odkształcony przez ciągłe uciskanie, może trochę mniej jędrny, ale za to tak bliski karcie kredytowej i kobiecemu sercu. Ideał: pan Wittchen.

Penis. Yyyy… tu nie mam pomysłu, brak argumentacji. Obiecałem „5 miejsc”, więc muszę czymś uzupełnić listę. I stąd ta… zapchajdziura :) Ideał: „nie musi być duży, ważne by był gruby i długi„.

 

Dialogi [poza]małżeńskie

Wyprałem trykocik, zjadłem lekkie śniadanie, polubiłem Anię i Ewę na Instagramie. Mam energię i motywację, by przenosić góry. Choć zacznę od czegoś lżejszego. Może rozmowa?

Zrzut ekranu 2018-01-05 o 13.26.51

Zrzut ekranu 2018-01-05 o 13.27.01

Zrzut ekranu 2018-01-05 o 13.27.14

Klub erotyczny dla mężatek?

Panowie, bądźmy postępowi! Pozwólmy naszym wspaniałym żonom realizować swoje fantazje. Jak to widzę tak: pierwszy w Polsce Szowinistyczny Klub Erotyczny. Tylko dla mężatek. 

Sala główna. Duża, przestronna modnie urządzona. Klimat intymności zapewniają wygodne sofy skryte w półkroku. Na nich panie, zrelaksowane, wypoczęte, z kolorowymi drinkami w dłoniach. „Może następną kolejkę? Świeżo wyciskany sok grejpfrutowy i marcheweczki na zagryzkę” – proponuje bosko zbudowany kelner.

W centralnym punkcie sali znajduje się scena, na niej pręży się półnagi blondyn z lśnią od oliwki klatą. Pierwszoligowe ciacho pląsa wokół wózka dziecięcego i przewijaka. Co jakiś czas, któraś z rozbawionych dam, rzuca na scenę banknot krzycząc „a teraz zmień mu pieluchę!”. Rozochocona damska widownia wtóruje: zmieniaj, zmieniaj!”

Pokój zakupowy. Wizyta w nim jest jak prywatny taniec, za dodatkową opłatą. To niezwykle kameralne miejsce pełne najnowszych torebek, butów i sukienek znanych projektantów. Każda pani wybiera to, w na co ma ochotę. Żadne katalogi mody i sklepowe manekiny nie narzucają jej trendów. W pokoju panie czują się wyjątkowo swobodnie.

Razem z garderobą należy wybiera  partnera zakupowego. Gdy już wszystko zostanie skompletowane, pani znika ze swym cudnym Adonisem za kotarą  przymierzalni. Teraz zaczyna się prawdziwa magia: kobieta przebiera się w wybrane ciuchy, ogląda w lustrze, a młody bóg o silnych barkach i mocno zarysowanej szczęce pieje z zachwytu nad jej figurą, urodą, wdziękiem. Pieści słowami każdą nadprogramową fałdkę tłuszczu, uwodzi westchnieniami zachwytu.

Pokój piękna. Przywodzi na myśl starożytne czasy. W tym pokoju, każda kobieta poczuje się jak Kleopatra. Zachwycające zdobienia na ścianach, wonne świece, wazony ze świeżymi kwiatami i rzymskie leżanki. Idealne miejsce dla królowej matki.

Pojawią się słudzy o ciałach wyrzeźbionych przez samego Fidiasza. Męscy i niemęscy zarazem. Słodziaki zrobią maseczkę, manicure, pedicure, piling i zafundują parę innych urodowych rozkoszy. A do tego będą nadawać jak stare przekupy, jaka to Kleopatra piękna, jakie końcówki nierozdwojone. Miód na uszy, orgazm dla duszy.

Samiec w tatowozie?

Bycie tatą napawa mnie dumą. Ba, nawet więcej – sprawia, że czuję się jeszcze bardziej sexy! A to wszystko także (przede wszystkim?) dzięki żonie, która nie dopuszcza do tego bym po ojcowsku zdziadział! 

Oho, nadjeżdża karawan! Pewnie jakiś pogrzeb w okolicy. A nie, to tatuś z rodzinką parkują przed blokiem. Widząc nudne auto w smutnym kolorze, a do tego w obowiązkowej wersji kombi tak łatwo o pomyłkę. Nie wiem skąd wziął się ten przymus bycia na drodze nijakim, ale ja się nie wpisuję w niego. I dzielnie wspiera mnie w tym moja żona.

Rok temu, gdy Hania była w fazie planowania i sprawdzania możliwości produkcyjnych, postanowiliśmy zmienić auto. Oczywiście zakładaliśmy, że poza nami i psem, będzie podróżować jeszcze mała istotka. A wraz z nią cały majdan dodatków, wózków i innych gadżetów. Zrobiłem przegląd rynku i bardzo, bardzo długo wybierałem kilka modeli oraz marek. Im dłużej dumałem, tym trudniej było się zdecydować. Moja lista potencjalnych aut nie zawężała się, a wręcz przeciwnie – dochodziło do niej coraz więcej modeli, a te które były ulubione stawiałem pod znakiem zapytania. W tym miejscu wkroczyła żona: „Kombi? Zapomnij!” Definitywnie wyraziła swoje zdanie: „mój mąż musi wyglądać seksownie! SUV i kombi nie wchodzą w grę!” Loooooove!

Z listy wyleciał Volkswagen Passat- przewidywalny, ułożony i nudny, jak praca korpotatuśka, który nią jeździ. Wyleciała też Mazda6 kombi, bo choć to jedna z bardziej powabnych linii, to jednak kombi. Bez żalu pożegnałem nijakie Toyoty, Fordy i Seaty, jednym ruchem wykreśliłem wszystkie potencjalne SUVy. Na liście została Skoda Superb i Mazda6, auta w wersji sedan, w wyraźnych kolorach i z potężnymi alufelami. Pierwsza ostra z wyglądu, jeszcze bardziej z charakteru. Druga dynamicznie piękna i niezwykle zmysłowa. Obie przestronne, rodzinnie, a do tego z lekkim sportowym pazurkiem.

– Do bagażnika musi zmieścić się wózek – stwierdziła
– Super,  wózek wchodzi i zostaje jeszcze miejsce na zwłoki…
– Wypad za miasto z moją teściową? – zażartowała.
Chyba.

Choć minął ponad rok od zakupu auta, choć na szybie świeci znaczek „Baby on board”, a tylna kanapa została zaadoptowana pod mobilny pokój dziecięcy dla Hani, nadal moja żona z błyskiem w oku powtarza, że lubi patrzeć jak przystojny facet podjeżdża po nią na parking przed blokiem. I ten facet to ja! Love.

PS. Które auto wybrałem? To nie ma znaczenia!