Wybieramy wózek dla Hanki

Uwaga, to nie jest tekst poradnikowy. To raczej opis krętych dróg, jakimi podążaliśmy, by zdobyć pierwszą furę dla Hanki.

Zaczęliśmy od lansu! W zaawansowanej ciąży „pogalopowaliśmy” spacerkiem do pobliskiego sklepu na Powiślu. To mekka dobrego stylu, z którego celebrytki wynoszą mebelki, wózki, akcesoria i dodatki całymi paletami. A nie jest to tani sport. W takim miejscu łatwo o oczopląs i uzależnienie. Po kwadransie oglądania, żona zakochała się w markowym wózku. Dla niej był piękny, dla mnie niewart swojej ceny. Dla niej był kompaktowy, dla mnie za mały. Dla niej był modny, dla mnie przestylizowany. Ona już widziała w nim Hankę, ja widziałem w nim cenę z kosmosu. Po negocjacjach, z bólem serca odstawiła go na bok. Stał się alternatywą za około trzy pensje minimalne.

Wózek jak volkswagen. Aby znaleźć wózek dla ludu [czytaj: w rozsądnej cenie] wybraliśmy się do dwóch dużych warszawskich sklepów. W pierwszym spędziliśmy ponad godzinę, gdyż trafiliśmy na prawdziwą perłę: cudnej urody wózek w stylu retro. Gondolka i spacerówka wykończone pięknym materiałem i obszyciami, a do tego te wielkie „koła na resorach”. Jakby żywcem skradziony z Parku Kensington księciu Williamowi i jego Kaśce. Złożyłem go, prawie bez problemów upchałem w bagażniku sedana i od razu chciałem płacić. Ale postanowiliśmy dać szansę drugiemu sklepowi. Tam też był retro wózek, nie tak ładny jak nasz, ale był. Tyle że sprzedawca dorzucił do niego jeszcze ciężarek. Nieznaczące 8kg symulujące dziecko: teraz sobie państwo pomanewrują. No i czar prysł. Retro wózek zyskał oznaczenie alternatywa dla markowej alternatywy.

A może używka? W mamusiowej grupie na fejsbuku żona znalazła ogłoszenie „sprzedam wuzek”. (Może wymieni go na słownik ortograficzny?- pomyślałem). Do ogłoszenia dołączone foty –  nówka sztuka nieśmigana, w biedronkowej cenie. Bomba! Pojechaliśmy go obejrzeć. Nawigacja poprowadziła mnie w najmroczniejsze zakamarki warszawskiej Pragi. Weszliśmy z ciemną bramę, a potem na dziedziniec- klepisko otoczone wysokimi kamienicami pomazanymi farbą i z powybijanymi oknami. Gdzieniegdzie szybę zastępowało prześcieradło lub deski zbite na krzyż. Trudno było znaleźć klatkę nr 2, gdy wszystkie nie miały nawet drzwi. Pod ścianą na drucianych krzesłach siedziała grupa kilkunastu mężczyzn. W milczeniu lustrowali nas wzrokiem. Żona wypięła ciążowy brzuch do przodu – forma pokazania lokalsom pokojowego celu naszej wizyty.

Właścicielką wózka okazała się nastoletnia matka. Mieszkała z dzieckiem, swoją mamą oraz dwójką rodzeństwa – cztery osoby plus noworodek na 16 metrach kwadratowych. Piętrowe łóżka, pożółkłe firany, zapach starej frytury, 55-calowa plazma na ścianie z dudniącym PoloTV i nowiuteńki wózek 3w1. Niby kupiony w sklepie, ale gdzieś zapodział się paragon. Niby mają drugi, więc z tego nie korzystali prawie w ogóle. Niby prawie w ogóle, a właścicielka nie potrafiła pokazać, jak odłączyć gondolę. Ten wózek nie trafił na naszą listę alternatyw.

Po kilku tygodniach przeczesywania internetu grzebieniem znaleźliśmy nasz wózek. Normalny wózek od normalnych ludzi w normalnej cenie. W doskonałym stanie.

Tekstu nie sponsoruje żadna marka.