Z dzieckiem w restauracji. Studium przypadku.

Jest wiele pysznych miejsce w Warszawie, gdzie z uśmiechem witane są małe dzieci i niewiele większe psy. Jedyne co może w nich czasem zaskoczyć to komfortowi klienci.

Na Powiślu w Warszawie mieści się nasza ulubiona restauracja. Odpowiada nam bliska lokalizacja, miła atmosfera, serdeczna obsługa, a przede wszystkim menu. Od początku karty aż do jej końca jest po prostu przepysznie. Ostatnio odwiedziliśmy lokal w pełnym składzie – ja z Hanką w nosidełku, żona z psem na smyczy. Jak zwykle zajęliśmy miejsce przy wielkim stole. Niestety, jakkolwiek bym nie kombinował, postawienie na krześle nosidełka z dzieckiem nie było bezpieczne. Jedynym rozwiązaniem było znalezienie miejsca na szerszych od krzeseł kanapach pod ścianą.

– Dzień dobry, czy nie zechciałyby się panie zamienić na miejsca? – zwróciła się żona do dam siedzących na dwuosobowej kanapie.
– Nie, proszę pani. Jesteśmy po pracy. Jesteśmy zmęczone. Chcemy zjeść w  k o m f o r t o w y c h  warunkach!
– W komfortowych? Rozumiem…

Zwróciłem uwagę na dłonie dam. Wszystkie cztery kończony pozbawione biżuterii znakującej, co świadczyło że damy niezaręczone, tym bardziej niezamężne. Spojrzałem na ich twarze i już wiedziałem dlaczego. I wcale nie chodziło o nienachalną urodę, a przynajmniej nie do końca. Te zimne, pozbawione empatii spojrzenia.

Słysząc rozmowę żony z damami, para z kanapy obok zaoferowała zamianę. Wzajemnym uprzejmościom i uśmiechom nie było końca, tak jak zachwytom nad Hanią oraz naszym psim urwisem. Miłe, przyjemne, bardzo ciepłe. Po prostu ludzkie.

Siedząc łokieć w łokieć z damami z kanapy obok przeszła mi myśl, którą chyba wyartykułowałem:

– To może wyjmiemy marudną Hankę z nosidełka i poluzujemy smycz wszędobylskiemu psu? Żeby im było trochę wygodniej.

Tymczasem damom podano zupę w bardzo komfortowych talerzach. Takich, które pozwoliły skryć twarze i ograniczyć pole widzenia. Nie daj boże, zobaczyłyby nasze roześmiane miny, albo zdziwione spojrzenia innych klientów.