Tata wraca na siłownię

Dzieciaci blogerzy i instagramerzy przekonują, że można być modnym, zadbanym i wysportowanym tatą. Ja swoją torbę na siłownię spakowałem 9 miesięcy temu. 

Przez wiele lat siłownia była moim drugim domem. Codziennie wstawałem z kurami, odwoziłem żonę do pracy, potem robiłem solidny trening na siłowni uwieńczony sauną i prysznicem, by o godzinie 10.00 niczym młody bóg wkroczyć dumnie do firmy. I tak 5 dni w tygodniu, aż do momentu, gdy dowiedziałem się, że będę tatą.

Rutynowe działania na rzecz konserwowania młodości, ujędrnienia pośladów i rozbudowy bicepsów zamieniłem na kompleksową obsługę żony, pielęgnację życia rodzinnego i spełnianie zachcianek. Choć tych praktycznie nie było [zaskoczenie]. Zawsze jednak znalazło się w domu do zrobienia coś, co stało wyżej w hierarchii niż martwy ciąg.

Żona rosła, ja razem z nią. Aż do połowy października, gdy z brzucha wyskoczyła Hanka. Niemal w tej samej sekundzie moja żona znów stała się niezłą szprychą. A tydzień później super szprychą. A mi nie ubyło ani grama, jakbym wciąż nosił w sobie maleństwo. Takie 10 kilogramowe.

Przez dwa miesiące, każdego wieczoru mówiłem sobie „rano idę na siłkę”. Ale za każdym razem, gdy o świcie przewijałem małą, a ona uśmiechała się, przebierała nóżkami, wydawała te cudnie nieopisane dźwięki, ani myślałem o maratonach na bieżni i seriach brzuszków. Każdą chwilę wolałem spędzić z nią. Aż przyszły święta, czas który nie sprzyja byciu ani eleganckim, ani wysportowanym. Hania przybierała na masie, ja razem z nią. Po Wigilii uwierzyłem w to, że duży brzuch ułatwia noszenie małej – ot takie mobilne krzesełko.

I gdy już miałem rezygnować z karnetu na siłownię i sprzed drzwi zabrać torbę, o którą wszyscy od miesięcy się potykamy, do akcji wkroczyła moja żona. Powiedziała, że choć wyglądam bardziej męsko niż kiedykolwiek – patrz: mobilne krzesełko – to pragnie, abym wrócił do tego, co tak lubiłem.

Wczoraj był ten dzień.Wróciłem do starych nawyków: siłownia o świcie + inne, lepsze jedzenie.

– Żono, zaczynam drakońską dietę.
– Co będziesz jadł?
– Przecież mówię – drakony!

Gdy już przestała się śmiać, postanowiła wesprzeć moje starania. Wyrzuciła wszystkie słodycze i słodkie napoje do kosza, i upichciła fit indora. Całą fermę, bo starczy tego na miesiąc.