Samiec w tatowozie?

Bycie tatą napawa mnie dumą. Ba, nawet więcej – sprawia, że czuję się jeszcze bardziej sexy! A to wszystko także (przede wszystkim?) dzięki żonie, która nie dopuszcza do tego bym po ojcowsku zdziadział! 

Oho, nadjeżdża karawan! Pewnie jakiś pogrzeb w okolicy. A nie, to tatuś z rodzinką parkują przed blokiem. Widząc nudne auto w smutnym kolorze, a do tego w obowiązkowej wersji kombi tak łatwo o pomyłkę. Nie wiem skąd wziął się ten przymus bycia na drodze nijakim, ale ja się nie wpisuję w niego. I dzielnie wspiera mnie w tym moja żona.

Rok temu, gdy Hania była w fazie planowania i sprawdzania możliwości produkcyjnych, postanowiliśmy zmienić auto. Oczywiście zakładaliśmy, że poza nami i psem, będzie podróżować jeszcze mała istotka. A wraz z nią cały majdan dodatków, wózków i innych gadżetów. Zrobiłem przegląd rynku i bardzo, bardzo długo wybierałem kilka modeli oraz marek. Im dłużej dumałem, tym trudniej było się zdecydować. Moja lista potencjalnych aut nie zawężała się, a wręcz przeciwnie – dochodziło do niej coraz więcej modeli, a te które były ulubione stawiałem pod znakiem zapytania. W tym miejscu wkroczyła żona: „Kombi? Zapomnij!” Definitywnie wyraziła swoje zdanie: „mój mąż musi wyglądać seksownie! SUV i kombi nie wchodzą w grę!” Loooooove!

Z listy wyleciał Volkswagen Passat- przewidywalny, ułożony i nudny, jak praca korpotatuśka, który nią jeździ. Wyleciała też Mazda6 kombi, bo choć to jedna z bardziej powabnych linii, to jednak kombi. Bez żalu pożegnałem nijakie Toyoty, Fordy i Seaty, jednym ruchem wykreśliłem wszystkie potencjalne SUVy. Na liście została Skoda Superb i Mazda6, auta w wersji sedan, w wyraźnych kolorach i z potężnymi alufelami. Pierwsza ostra z wyglądu, jeszcze bardziej z charakteru. Druga dynamicznie piękna i niezwykle zmysłowa. Obie przestronne, rodzinnie, a do tego z lekkim sportowym pazurkiem.

– Do bagażnika musi zmieścić się wózek – stwierdziła
– Super,  wózek wchodzi i zostaje jeszcze miejsce na zwłoki…
– Wypad za miasto z moją teściową? – zażartowała.
Chyba.

Choć minął ponad rok od zakupu auta, choć na szybie świeci znaczek „Baby on board”, a tylna kanapa została zaadoptowana pod mobilny pokój dziecięcy dla Hani, nadal moja żona z błyskiem w oku powtarza, że lubi patrzeć jak przystojny facet podjeżdża po nią na parking przed blokiem. I ten facet to ja! Love.

PS. Które auto wybrałem? To nie ma znaczenia!