No to mam przesrane!

Do każdego dziecka powinien być dołączony zestaw skrobaczek i rozpuszczalnik – żartowałem kilka miesięcy temu – po co tapetować pokoik, skoro po solidnej kupie trzeba będzie doprowadzić meble, ściany i siebie do porządku?

Zanim pojawiła się mała, dwa razy stanąłem oko w oko z karkołomnym zadaniem zmiany pieluchy. Pierwszy w szkole rodzenia: nierówna walka z manekinem przez niektórych mogłaby zostać uznana za bestialstwo i zbrodnię przeciwko ludzkości. I słusznie! Drugi raz miał miejsce na stoisku Pampersa podczas rodzinnego pikniku w parku: tu poszło znacznie lepiej. Zamontowałem pochłaniacz właściwą stroną, nie wyrywając kończyn i to w czasie krótszym niż pół godziny.

Nieźle, ale taki wynik można było spokojnie poprawić. Kupiłem pieluchę, zagadałem do znajomego, żeby pożyczył od córki lalkę. Zdziwił się. Następnego dnia przyniósł do pracy dwie blond Barbie – w wersji biznesowej oraz dziwkarskiej – i publicznie zapytał, która mnie kręci. Projekt stracił klauzulę „Ściśle Tajne”, a ja musiałem na forum ogłosić cel ćwiczebnej misji, jednocześnie mierząc się z falą żartów i drwin. Było warto!

Wreszcie stało się: przyszedł czas zmiany symulatora lotów, na stery prawdziwego odrzutowca. A trzeba przyznać, że mała ma niezły wydech. Gdy odpala silniki, brzmi jak startujący Mig. Jest głośno! Lekarz i położna mówią, że tak powinno być, więc jest super. Sąsiedzi mogą być odmiennego zdania. Gdy pierwszy raz zajrzałem do środka oczekiwałem armagedonu. A tymczasem nie śmierdziało (jeszcze) i nie wyglądało tak źle, jak można byłoby się spodziewać. Niewielkie doświadczenie zdobyte na gumowych substytutach przydało się.  Zmienianie pieluchy szybko stało się moim nowym małym hobby. Może nie jest to najczystsza robota, ale daje mi kupę radości nam obojgu.

PS. Rozpuszczalnik i skrobaczkę nadal trzymam w szafie. Na wszelki wypadek.