Na towarzyskim marginesie?

Noworodek to wyrok. To ban na towarzyską aktywność oraz klubowe imprezy. To zakaz wjazdu do kin i barów w całej Polsce. To katar, którym nie chcą zarazić się znajomi. Oj tam, oj tam…

Przez wiele lat doskonaliliśmy technikę spędzania wolnego czasu wśród ludźmi. Ćwiczyliśmy barowe spotkania z mojito, nocne posiadówy nad Wisłą, imprezy z parkietowym potupańcem, weekendowe wypady za miasto. By nie pogubić się w tym wszystkim, moja perfekcyjnie-zorganizowana-żona [PZŻ] prowadziła szczegółowy kalendarz wyjść [do ludzi] i przyjść [do nas]. Aż do pewnego dnia.

Nagle wielu znajomych wprowadziło embargo na kontakt z nami. Ograniczyli aktywność do lajkowania zdjęć i pisania, jaka słodka jest nasza mała. W chwilach słabości próbowali wmówić sobie/nam, że nie odzywają się, bo na pewno nie mamy sił, czasu, ochoty na spotkanie. Tia…

Sylwestra spędziliśmy na dwóch imprezach. I to całą rodziną – my, Hanka i pies. Było krótko acz treściwie: zaczęliśmy wcześniej niż zazwyczaj, mała zaliczyła drzemkę a my bezalkoholowo przywitaliśmy Nowy Rok, po czym o przyzwoitej porze zjechaliśmy na bazę. Do dziś wspominamy zaskoczenie na twarzach niektórych imprezowiczów: wchodzą do pełnego ludzi, jadła i napitków salonu, a tu dwumiesięczne niemowlę w ramionach długonogiej piękności w mini i biegający dookoła pies z LEDowo-sylwestrową obrożą.

Bez okazji też da radę: babski wieczór? Nie ma sprawy! Mała nakarmiona, przewinięta, uśmiechnięta – mamusia może lecieć w świat. Trzy lub cztery godziny często wystarczą, by spotkać się z koleżankami, wymienić ważnymi informacjami na temat związków w fazie rozwoju i/lub kryzysu, ploteczkami z szołbizu i opędzlować zad jakiejś nielubianej krowie. Jeżeli sytuacja wymaga dłuższego przebywania poza domem, w porze karmienia pakuję małą do auta i jedziemy do mamusinego cyca. Przecież od czasu do czasu może Góra przyjść do Mahometa, co nie?

Kiedy chcemy wyskoczyć gdzieś tylko we dwoje – dajmy na to na romantyczny shopping, koncert czy do kina – o pomoc prosimy znajomych. Tych życzliwych i kochanych, którzy nie mają dyplomu z obsługi niemowlaka, ale dobre chęci. Bo dobre chęci to wszystko, czego potrzebujemy. Rolą takich cioć i wujków jest niemal wyłącznie siedzenie przed telewizorem w salonie i zajadanie się zostawionym przez nas w podzięce ciastem. Bo wykąpana wcześniej i nakarmiona Hanka odlatuje wieczorem w kilka chwil i śpi przez wiele godzin w pokoiku.

Na przekór światu nie zamykamy się w czterech ścianach. Choć wielu ludzi usilnie próbuje nas upchać w Rodzinnym Escape Roomie – pokoju bez klamek, z którego nie ma ucieczki do czasu, gdy Hanka osiągnie pełnoletność. Bez sensu. Nasza cudowna córa daje nam możliwość bywania z ludźmi i wśród ludzi. Wcale nie rzadziej, tyle że trochę krócej. Dziecko nie wyrzuca na margines towarzyski, a uczy trochę innej [lepszej?] organizacji życia. Także towarzyskiego.

Jest połowa marca, a w kajeciku mojej PZŻ już niewiele zostało wolnych terminów na kwiecień.

Najważniejsze słowo dziecka?

Gdy już nasza Hanula opanuje monosylabowe „ma-ma” i „ta-ta”, nauczymy ją trzeciego najważniejszego słowa (zwrotu) w życiu. Dzień dobry.

Mieszkam w bloku, w którym ludzie nie kłaniają się sobie. Sędziwi sąsiedzi mijani od lat, jak i młodzi trzydziestoletni, którzy wynajmują krótkoterminowo. Emerytowani profesorowie i wszelakiej maści doktorstwo, pracownicy mediów, przedsiębiorcy i studenci, solo lub z rodzinami – tak różni, a jednocześnie podobni sobie – małomówni. Gdy zostawię uchylone drzwi, z przyjemnością zapuszczą żurawia, żeby zobaczyć jak żyją inni. Ale nigdy, przenigdy, nie zaintonują „dzień dobry, sąsiedzie”. Z odpowiadaniem na tę słowną zaczepkę wcale nie jest lepiej.

Dzień dobry” jest niepozorne, ale ma wielką moc.

Dzień dobry” jest krótkie i przyjemne w brzmieniu.

Dzień dobry” jest pozytywne.

Dzień dobry” to zauważenie, zwrócenie na kogoś uwagi.

Dzień dobry” to okazanie szacunku.

Dzień dobry” to najlepsze życzenia.

Dzień dobry” to słońce, uśmiech, radość, szczęście.

Dzień dobry” to serdeczność, miłość i pokój.

Dzień dobry” to bliskość z bliskimi.

Dzień dobry” to sympatia wobec nieznajomych.

Dzień dobry” to dowód kultury osobistej.

Dzień dobry” to wybuch radości.

Dzień dobry” to poważna deklaracja.

Dzień dobry” to oświadczenie jak najlepszej woli.

Dzień dobry” to pierwszy krok do miłości.

Dzień dobry” to sposób na poznanie nastroju szefa.

Dzień dobry” to hasło otwierające drzwi.

Dzień dobry” to przekazywanie energii.

Dzień dobry” to coś, co nie boli.

Chciałbym, aby „dzień dobry” było elementem każdego dnia mojej córy. By znała jego wartość i dzieliła się nim z innymi. By bez ograniczeń szastała „dzień dobry” na prawo i lewo. By była w tym rozrzutna, jak Mamusia w Zarze po pensji ;). Dzień dobry.

Rodzinna podróż samochodem

Zapraszam w podróż do męskiego świata. Świata, w którym auto to świętość, a wszyscy podróżujący nim muszą dostosować się do jego wyjątkowo rygorystycznego regulaminu. Proszę zapiąć pasy i jazda!

Ja za kierownicą, żona na fotelu pasażera, tylna kanapa pusta. Tak było przez wiele lat i wiele tysięcy kilometrów. Wtedy reguły były bardzo proste i jasne – samochód do sanktuarium, w którym nie je się i nie pije. W razie głodu lub pragnienia, robi się postój w cywilizowanym miejscu, gdzie możemy uzupełnić braki. W deszczowy lub śnieżny dzień przed wejściem do auta otrzepuje się buty. Bagaże nie jeżdżą w aucie, a w dedykowanym schronie atomowym – czyli bagażniku. W trakcie podróży śmietki pakuje się do swojej kieszeni lub popielniczki, którą opróżnia się wraz zakończeniem podróży. Mimo że w aucie jest popielniczka, obowiązuje bezwzględny zakaz palenia. Za to można wypaść z auta przez otwarte drzwi przy dużej prędkości. Jeżeli regulamin był przestrzegany, podróż stawała się czystą przyjemnością.

Związek frazeologiczny „czysta przyjemność” jest nieprzypadkowy. Dbanie o olśniewający wygląd wszystkich posiadanych aut było moim konikiem. Regularnie co dwa tygodnie jeździłem w południe na myjnię, wracałem późnym wieczorem. Godzinami myłem, szorowałem, polerowałem, nabłyszczałem. Niejedna żona mogłaby podejrzewać faceta o zdradę, tymczasem moją bardzo to bawiło: szczególnie, gdy pewnego razu wróciłem półnagi. Akurat nie miałem czystej, miękkiej szmatki do wypolerowania maski, więc zdjąłem koszulkę i dokończyłem pracę. Samochód błyszczał od wosku, moja klata od potu:). Sprzątanie i mycie naprawdę działało terapeutycznie. Taka pasja, cóż poradzić.

Ja za kierownicą, żona na fotelu pasażera, pies i dziecko na tylnej kanapie. W trakcie długiej podróży żona wystawia mnie na próbę – niepostrzeżenie wyciąga opakowanie marchewek i zerka ukradkiem w moją stronę. Jak zareaguję na szelest torebki? Bez emocji. Jako tatuś wyjątkowo aktywnej dwójki musiałem zmierzyć się z nowym wyzwaniem – totalną demolką auta. Choć pies ma swoje miejsce, specjalna matę i pasy bezpieczeństwa, to w zimowe lub deszczowe dni znaczy wszystkie element wnętrza. Mokrym nosem tworzy sztukę na bocznej szybie. Łapami ćwiczy stepowanie na fotelach, oparciach, drzwiach. I jestem pewien, że robi to celowo. Córa, która niby grzecznie w foteliku siedzi też ma swoje za uszkami. Bo skąd w bagażniku znalazła się wywrotka piasku lub śniegu? Ano z wózka, który trzeba za każdym razem składać i upychać. Nic nie wygląda tak, jak kiedyś. Czarna skórzana tapicerka pokryta jest grubą warstwą brudu, ze wszystkich schowków wystają papiery, kubki, puste opakowania. A z sufitu niemalże zwisają sople soli, którą posypywane są chodniki. Nie ma reguł, nie ma zasad, nie ma choćby centymetra niezagospodarowanej śmieciami powierzchni. Na szczęście pozostaje myśl, że kiedyś moje auto znów odzyska status sanktuarium. Za jedyne 17.5 roku…20180207_082038-01

Ojcowskie wyzwania

Zmiana pieluchy, pielęgnacja, masaż, kąpiel czy śpiewanie kołysanek to mały pikuś. Prawdziwa lekcja ojcowskiego życia dopiero przede mną.

Wiem, że będę mistrzem warkocza dobieranego.

Dziś mam problem, żeby na prośbę żony paluchem przydusić na pilocie właściwy przycisk, ten z ulubionym serialem. Już niebawem będę musiał wykazać się zdolnościami manualnymi na poziomie koronczarek z Koniakowa. Będę doktorem Lubiczem z Klanu, który z chirurgiczną precyzją zaplata warkocze dobierane, wianki z polnych kwiatów i doskonale się przy tym bawi.

Wiem, że wymyślę serial o Kopciuszku.

Jeżeli moja córa będzie choć odrobinę podobna do mnie, usypianie kilkulatki będzie prawdziwym wyzwaniem. Nie zadowoli jej ciągłe opowiadanie dobrze znanej bajki. W ramach struktury Kopciuszka będę musiał wprowadzać nowych bohaterów, rozwijać wątki poboczne, żonglować dramaturgią i kreować coraz to nowe zakończenia. „A gdy wybiła północ, Kopciuszek wybiegł z sali balowej, gubiąc na schodach szklane oko„.

Wiem, że będę chłostał.

Siebie i tylko siebie. Za wszystkie niecenzuralne słowa wypowiedziane podczas prowadzenia auta. Małe uszko z pewnością wychwyci radosną ekspresję tatusia. Za każdą „tępą dzidę” [i mocniejsze określenia] będę klęczał na grochu i chłostał się witkami wierzbowymi po pośladkach. I to do czasu aż moja polszczyzna osiągnie odpowiedni poziom.

Wiem, że będę radośnie popiskiwał.

Nawijał falsetem, niczym małoletni ministrant podczas niedzielnego czytania listu do Koryntian. Najpierw w moje ręce trafi plastikowa lala, a potem komenda: „Bawmy się, tato”. Mała poinstruuje mnie, kim jestem, co robię i jak mam mówić, a potem – zgodnie z założonym przez córkę scenariuszem – będę piszczał wymachując plastikowym Kenem całymi miesiącami.

W nieskończoność mogę mnożyć nowe umiejętności, zawstydzające sytuacje i obowiązki względem dorastającej córy. Cokolwiek się wydarzy, wiem, że będzie wesoło, dziwnie, czasem krępująco. I mogę się tego doczekać!

Domowy ranking wstydu 2017

„Damy bąków nie puszczają” – od zawsze powtarzała żona. A mnie to pasowało. Dzięki temu przez wiele lat rządziłem niepodzielnie jako król wszystkiego co paskudne, obleśne i niestosowne.

Nikt mojej władzy nie mógł zaszkodzić. Do czasu. Pojawił się pies, potem córa i nagle okazało się, że moje notowania znacząco spadły. Wygranie z płaskim pyskiem Boston Terriera na donośność chrapania okazało się niemożliwe. Tak jak z córą w trakcie odbijania po mlecznym posiłku. Teraz, gdy Hanka ma prawie 5 miesięcy, doszła kolejna umiejętność – puszczanie… motylków. O mój Jezuniu kochany, to dopiero doświadczenie! Mocne przeżycie, które potrafi zwalić z nóg rosłego faceta. Razi jak piorunem, paraliżuje mięśnie twarzy, doprowadza do łez. Jest w tym totalnie bezwzględna. Mała robi to donośnie, pies cicho. Oboje bardzo, bardzo treściwie. Mam obawy przed rodzinnym wypadem do Wrocławia- może skończyć się nagłym zatrzymaniem pojazdu na pasie awaryjnym autostrady z powodu omdlenia kierowcy…

Zrzut ekranu 2018-03-05 o 16.47.20

Sztuka pierwszego kontaktu

Na renomę hotelu przyjaznego rodzinie wpływa nie tylko ilość metrów kwadratowych przestrzeni do zabaw, ale przede wszystkim obsługa. A ta zaczyna się już na poziomie kontaktu mailowego. Dwa 4* obiekty i dwa różne sposoby zachęcania do odwiedzin.

Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie pomysł na rodzinny wypad na weekend do miłego hoteliku z basenem i SPA. Gdy na blogu Podziaranego Taty pojawił się wpis o zabawie noworodka w basenie, myśl zaczęła wiercić się jeszcze szybciej. Postanowiłem napisać do kilku dobrych hoteli przyjaznych rodzinom z pytaniem o dziecko oraz psa:

Zrzut ekranu 2018-03-02 o 09.40.45
Wśród odpowiedzi wielogwiazdkowych hoteli, uwagę zwróciły dwie wiadomości. Obie wyróżniały się podejściem do Klienta, obie w różny sposób.

Hotel na Mazurach

Zrzut ekranu 2018-03-02 o 09.40.54

Hotel w Beskidzie Sądeckim

Zrzut ekranu 2018-03-02 o 09.41.06

Góry czy jeziora?

Hotel na Mazurach zrozumiał, że chcę spędzić rodzinny pobyt z dzieckiem. I z własnej nieprzymuszonej woli dorzucił garść detali, które dla każdego rodzica są piekielnie istotne [łóżeczko, wanienka, itd.]. Hotel w Beskidzie szybko rozprawił się z moją córką.

Dla beskidzkiego obiektu znacznie ważniejsze są zwierzęta. I ich posłuszni właściciele. Poczułem się nieco postraszony wymogami oraz konsekwencjami, które mnie czekają. Bo przecież jeszcze nie wybrałem terminu pobytu, a już wiem, że nielegalnie przemycę psa do pokoju i będę próbował usadzić go przy stole w hotelowej restauracji.

Różnice w podejściu do gości czuć już na poziomie języka: ciepłego i serdecznego tonu na Mazurach oraz nieco urzędowego i zimnego w Beskidzie. Nad jeziorami są „zwierzaki”, w górach „zwierzęta”. O cenniku 50 zł vs 109 zł nawet nie wspomnę.

Wybierając dla swojej rodziny miejsce z klasą i za kasę [niemałą], człowiek oczekuje przede wszystkim poczucia zaopiekowania. Chciałbym, aby moja rodzina była Gościem, nie Klientem. Chcę pojechać tam, gdzie będę naprawdę szczęśliwy. A moje szczęście to roześmiane dziecko, wybiegany pies i ciepły uśmiech osób, które spotkam w hotelowych korytarzach. Już na poziomie korespondencji mailowej można wyczuć, gdzie będzie nam lepiej.

Nazw hoteli nie podaję. Bo i po co.

Najpiękniejszy widok świata

Matka Natura ma łeb na karku! Nie wiem, jak to robi, ale w ekstremalnie gównianych sytuacjach potrafi sprawić, że ze wzruszenia łezka zakręci się w oku.

Godzina 4.00, za oknem mrok. Mała zaczyna płakać. Oho, pielucha do wymiany. Ruchem pełzającym opuszczam legowisko. Nieskoordynowane kończyny poszukują po omacku kapci. Z niemałym wysiłkiem podnoszę się i niczym średniowieczny pokutnik, powłóczę nogami w kierunku łóżeczka małej. Ledwo widzę, ale doskonale słyszę narastający płacz – znak, że jestem blisko.

Rozchylam powieki, ale tylko na tyle, by dostrzec majaczący w mroku kontur dziecka. Po chwili towarzyszy mi w ślimaczej podróży w kierunku przewijaka. Słychać tylko szuranie papuci i dziurawiący bębenki w uszach płacz Hanki.

Mija wieczność, gdy docieramy do przewijaka. Zamknięte oczka, wierzgające nóżki, grymas na pulchnej buźce i donośny płacz. Strzelają zatrzaski w bodziaku. Powietrze wypełnia się zapachem świeżo wyprodukowanej kupy. Od razu się budzę. Mała wciąż płacze z zamkniętymi oczkami. Z precyzją sapera otwieram pieluchę. W środku Armagedon. Wszystko pływa aż po szyję. Zapach paraliżuje nerwy twarzy, dławi krtań, wypycha gałki oczne z orbit.

Hanka nagle otwiera oczka. Nieruchomieje i przestaje płakać. Jej kąciki maleńkich usteczek natychmiastowo rozchylają się, witając tatę szerokim uśmiechem. Cudownie ciepłym, czystym, od ucha do ucha. Uśmiechem, który rozpromienia mrok nocy. A ja z pieluchą pełną płynącej kupy w dłoniach nie mogę od niej oderwać wzorku. Kolana miękną, w oku kręci się łza szczęścia.

Kiedyś zupełnie się zatracę, upuszczę pieluchę i gówno zaleje świat. Ale i tak będzie pięknie.

Jak bajeruje się rodziców

Przez cały okres ciąży staraliśmy się myśleć racjonalnie i nie ulegać reklamom. Jednak przed porodem odwiedziliśmy targi dla rodziców. Zdziwień było więcej niż zakupów. 

Proszę pana, nasz produkt rośnie razem z dzieckiem!

Nie ten jeden konkretny produkt, ale niemal każdy. Czego się nie dotknęło, zaraz sprzedawca wciskał gadkę, że to będzie rosło razem z Twoim berbeciem. Jakby Jestem pewien, że wypowiedzenie tego zdania było klątwą rzucaną na portfele. Rodzice kupowali jak szaleni.

Przykładowo takie ładne mebelki w prowansalskim stylu. Dziś to komoda z przewijakiem, ale za kilka lat odkręcasz przewijak i masz… po prostu komodę. Panie kochany, toż to rośnie razem z dzieckiem. Szok i niedowierzanie. Albo krzesełko do karmienia, w którym regulujesz siedzisko i voila – rośnie razem z dzieckiem! Niesłychane. A pierścionki dla roczniaków, które rosną razem z nimi? Toż to istna rewolucja. No i oczywiście to, co jest największą bolączką młodych rodziców – ubranka. Wszyscy wiemy, że dzieci (za) szybko rosną. Ale producenci wiedzą, że ich ciuchy dotrzymają kroku Twojemu maluchowi. Tu jest dłuższy, zawinięty rękawek. Gdy maluchowi przybywa centymetrów, odwijasz go. Czyli mam po prostu kupić za duży ciuch na moje dziecko? – zapytałem. Sprzedawca tylko się uśmiechnął.

Ten produkt mamy w kilku pastelowych odcieniach.

Wyobraź sobie pokój małego dziecka i rzeczy, które się w nim znajdują. Od wystroju wnętrza, przez mebelki, zabawki, akcesoria, ubranka, dodatki, artykuły pielęgnacyjne. Jednym słowem wszystko. I teraz wyobraź sobie, że to wszystko jest pastelowe, jednokolorowe, stonowane, niemal nijakie. Nie czarno-białe, nie kolorowe, lecz pastelowe. Nawet pastelowe karty kontrastowe czy pastelowe kocyki sensoryczne dla noworodków. Poprawka: dla rodziców tych noworodków. Wszak chodzi o to, by w idealnym nowym życiu wszystko pięknie się komponowało. Ze ścianami w mieszkaniu, i sweterkami z garderoby mamusi. I z tą modną narzutą, na której fotografowana będzie mała gwiazda Instagrama.

Rodziców bajeruje się wyjątkowo prosto. Wystarczy stworzyć coś dziecięcego, ale zgodnie z modą dorosłych. Albo wcisnąć banał, że to będzie służyło przez długie lata. Jeżeli rodzic kupi tę ściemę, kupi też każdy niepotrzebny i bardzo nietani produkt :)

Nasza czarno-biała codzienność

Kiedyś nasze życie było tęczowe. Otaczały nas kolory, których nierzadko nie potrafiłem nazwać. Od kilku lat powoli i systematycznie traci ono swoje barwy. Wszystko przez serię przypadków.

„Kolory są dla ludzi bez wyobraźni”

Sześć lat temu postanowiliśmy gruntownie wyremontować najmniej ustawne mieszkanie świata. Było przytłaczająco ciemne, ciasne, pełne kątów ostrych i rozwartych. Na pomoc wezwaliśmy doświadczonego architekta. Pół roku i wiele banknotów później nasze gniazdko było gotowe. Niemal zbudowane od nowa. Od podłogi aż po sufit czerń i biel.

Trzy lata temu postanowiłem zmienić pracę. Bez napinki – jak trafi się coś fajnego, wyślę CV. Chwilę później siedziałem na rozmowie w sali konferencyjnej firmy, która była/jest marzeniem milionów [moim także była]. Gdy nikt nie patrzył pstryknąłem i wysłałem żonie foto wielkiej czarnej ściany z białym logo nakreślonym eleganckim fontem.

Dwa lata temu postanowiliśmy, że dołączy do nas pies. Długo szukaliśmy rasy, która łączyłaby coś niewielkiego i słodkiego [kryteria żony] z czymś, co wygląda i zachowuje się jak pies [moje kryteria]. W pewnej knajpie spotkaliśmy dziewczynę ze szczeniakiem. Płaski słodki pychol, wielkie sterczące uszka, niesamowita radość w oczach i … dziwnie długie łapy, jak na buldożka. Zakochaliśmy się w kilka chwil. Niebawem dołączył do nas Boston Terrier. Ma klasę angielskiego lorda, energię nowozelandzkiej drużyny rugby, wdzięk oddziału kawalerii w natarciu, no i chrapie głośniej niż Twój stary. Oczywiście jest czarno-biały.

W tym samym czasie postanowiliśmy zmienić auto. Gdy po długim przeczesywaniu rynku ustaliliśmy model i markę, przyszła kolej na kolor. Każde z nas wybrało z katalogu po dwa typy: żona – szare i błękitne, ja – czerwone i czarne. Następnie pojechaliśmy na parking dilerski, by obejrzeć je na żywo. Wszystkie typy okazały się nijakie. Za to furorę zrobiła biała wersja. Biel z czarnymi 19-calowymi felgami, czarnymi szybami bocznymi, dodatkami i czarną skórą. To było to, mafijne auto w czerni i bieli.

Rok temu, tuż po przebudzeniu, żona poinformowała mnie, że będziemy mieli dziecko. Gdy opanowałem wzruszenie, wstałem z czarnego [a jakże!] łoża małżeńskiego, posprzątałem zasmarkane chusteczki z podłogi w kolorze bielonego dębu i zaśmiałem się: „Mimo że pracujesz w bardzo międzynarodowej firmie, liczę że tym razem nasze szczęście będzie miało jeden kolor”. 

Dzień, który zmienił wszystko

Lekarz wyznaczył datę porodu na 15 października. Nasze maleństwo bardzo chciało dotrzymać terminu. Chyba tak jak my, nie mogło się doczekać spotkania. 

Sobota, 14 października

Zaczęło się nad ranem. Mocne skurcze wybudziły żonę, chwilę później żona obudziła mnie. Ze szkoły rodzenia pamiętaliśmy naukę, by nie panikować i nie gnać na złamanie karku do szpitala. Tak więc, jak co sobotę, najpierw zjedliśmy wspólne długie śniadanie. Po śniadaniu wybraliśmy się na spacer z psem na Pola Mokotowskie. Psiur biegał luzem, a my – niczym staruszkowie – dreptaliśmy pod rękę, co jakiś czas przysiadając na ławce, gdy nadchodził kolejny skurcz. Potem zrobiliśmy duże zakupy w centrum handlowym. Ludzie dziwnie patrzyli, gdy niespodziewanie żona przystawała i skręcała się z bólu. Dzielna dziewczyna.

Wieczorem skurcze były bardzo mocne i częste. W naszym „wymarzonym” szpitalu nie było miejsca, więc pojechaliśmy do innego. Na izbie przyjęć odczekaliśmy swoje – w szpitalu państwowym pewnie jakieś rozporządzenie reguluje minimalny czas siedzenia przed drzwiami. Koło północy lekarka stwierdziła, że to skurcze przepowiadające. Do zobaczenia za kilka godzin.

Niedziela, 15 października

Przez całą noc żona nie zmrużyła oka. Bóle były silne i regularne, więc czym prędzej wróciliśmy na izbę przyjęć. Tym razem zaproszono nas „na pokoje”. Około południa żona rozsmarowała się na miejscu dla rodzicielki, ja zainstalowałem się na fotelu w ojcowskim narożniku. Nie spała od niemal przez dwa dni, a do tego była piekielnie głodna. Na powitanie „zjadła” więc dwie kroplówki wzmacniające, które przygotowała szefowa naszego porodu.

Skurcze były regularne, ale rozwarcie wciąż za małe. Oczekując na główną atrakcję tego dnia dużo rozmawialiśmy, przeczytałem jej kilka babskich artykułów, zrobiliśmy kilka kursów na trasie łazienka – drabinki – łazienka. Poskakała na piłce, wzięła prysznic, a potem ciepłą relaksacyjną kąpiel. Nagle akcja porodowa zaczęła ustawa. Skurcze, a i owszem, wykręcały na boki, ale z czasem stawały się coraz rzadsze: co 5, potem 7, aż w końcu co 9 minut. Położna podjęła męską decyzję: „będziemy rodzić bez znieczulenia”, podanie blokera bólu mogło zatrzymać zupełnie akcję i trzeba byłoby faszerować biedaczkę oksytocyną.

Naturalnie i bez znieczulenia – takiego scenariusza nie zakładaliśmy.  Na szczęście Hanka nie dała żonie wiele czasu na babskie rozkminy, jak bardzo nie jest to po jej myśli i co z tym fantem zrobić. Chwilę później była gotowa opuścić brzuszek. Konkretna i bardzo empatyczna położna wiedziała co robić. „No, kochana, o 17.00 kończę zmianę i chcę mieć Hankę wpisaną na swoje konto, więc rodzimy raz-dwa” – jej profesjonalizm, a jednocześnie pewien luz były wprost cudowne. Kilka wojskowych komend położnej, determinacja żony i jej żelazny uścisk miażdżący kości mojej dłoni przybliżały nas do celu.

Godzina 16.30

Po 30 minutach od rozpoczęcia szoł, Hanka wystrzeliła z łona w ręce położnej, jak piłka rzucona biegaczowi w futbolu amerykańskim. Touchdown! Przyłożenie! WOW. Mała płakała – to był najcudowniejszy dźwięk świata. A chwilę potem leżała przytulona do piersi mamy. Tym razem ja ryczałem jak bóbr. [fuck, dlaczego bóbr?]

Jako prezes spółdzielni Rodzina otrzymałem zaszczyt przecięcia wstęgi powitalnej. Hm, nikt wcześniej nie informował, że pępowina jest tak gumowa [?] i stawia niemały opór. Podołałem. I już mieliśmy świętować nowy rozdział w życiu, gdy położna donośnym głosem wezwała lekarza oraz koleżanki do pomocy. Co się dzieje?!

W sali zaroiło się od ludzi w uniformach. 3 położne i 1 lekarz stwierdzili u żony krwotok i znaczącą utratę krwi. Położna wskazała palcem przewijak z lampą, kazała  mi zająć się dzieckiem i nie odwracać. Nasz pierwszy wyjątkowy kontakt i bardzo wyjątkowe okoliczności. Stałem zwrócony twarzą do ściany próbując mniej lub bardziej sprawnie otrzeć niemowlę z mazi płodowych, jednocześnie słuchając dochodzących zza pleców dźwięków narzędzi chirurgicznych kładzionych na metalowej tacy. Na domiar złego, na wysokości mojego wzorku, tuż obok przewijaka i lamp wisiał duży dozownik do mydła o lustrzanej powierzchni. Z całych sił skupiałem się na małej, by tylko nie zobaczyć na dozowniku odbicia tego, co dzieje się za mną. Uf, udało się.

Po szybkiej akcji zabiegowej żona kolejne dwie godziny spędziła w sali porodowej dochodząc do siebie. W tym czasie nastąpiła zmiana personelu i naszym aniołem położnym stała się inna przecudowna pani. Żona i położna szybko znalazły wspólny język za sprawą wegetarianizmu – chwilę później wymieniały się przepisami i polecanymi książkami. Widok surrealistyczny acz przeuroczy.

Późnym wieczorem żona trafiła na salę poporodową. Dwuosobowy, bardzo zadbany pokój z łazienką pozytywnie nas zaskoczył. Niemal przez cały czas Hania nie opuszczała żony. Dziewczyny poznawały się, uczyły siebie nawzajem, cudownie tuliły. Personel zabierał mała tylko po to, by wykonać niezbędne badania. Po trudnym porodzie żona była wciąż bardzo słaba, więc przez 24h pielęgniarki pomagały jej we wszystkim; prowadziły pod rękę do łazienki, pomagały przystawić małą do piersi. Świetne babki! Drugiego dnia musiała radzić sobie sama z wyżywieniem małej i jej higieną. I to było doskonałe podejście: otoczenie szpitalnym kokonem troski spowodowałoby niepotrzebny stres i dramat w domu. Lepiej żeby młoda mama uczyła się samodzielności w miejscu, w którym za ścianą są jednak profesjonalistki, gotowe pomóc w awaryjnej sytuacji.

Dwa dni po porodzie Hania opuściła szpital i przywitała swój nowy dom.